Przebudzonych sięgnęłam z powodu Klątwy
tygrysa, którą pokochałam w gimnazjum i którą do dzisiaj bardzo miło
wspominam. Nie przeczuwałam, że
rozczaruję się tak mocno i to jeszcze w sposób, którego nigdy nie byłabym w
stanie przewidzieć.
Lilliana
Young pewnego dnia przychodzi do Metropolitan Museum of Art na wystawę
poświęconą starożytnemu Egiptowi. Nie spodziewa się, że wśród eksponatów
odnajdzie egipskiego księcia, który powrócił do życia po tysiącu lat bycia
mumią. Amon jest zdezorientowany, zamiast w znanym mu Egipcie, budzi się w
centrum Nowego Jorku, a do tego zniknęły cenne słoje zawierające jego organy.
Zagrożona jest przyszłość świata, bo Set – starożytny bóg ciemności – tylko
czeka, by powrócić.
Wiecie
co? Ja tę historię już gdzieś czytałam.
I nie chodzi mi o to, że jest podobna do jakichś tam innych młodzieżówek, że
jest pełna schematów i powtarza to, co już kiedyś było, nie. To by w sumie nie
było takie znowu złe. Ja Przebudzonych
dosłownie już gdzieś czytałam i z przykrością muszę stwierdzić, że autorka splagiatowała… samą siebie. Ja to wszystko już znam z Klątwy tygrysa. Lilliana to taka
Kelsey – upierdliwa, głupia i mało inteligentna osóbka, która zdaje się być
centrum wszechświata i rozwiązaniem każdego problemu, nawet jak nie zdaje sobie
z tego sprawy. Amon to taka budżetowa i kluchowata wersja Rena. Jest też brat
Amona, który jest idealną kalką Kishana. Ba, pamiętacie tego takiego doktorka w
Klątwie tygrysa? Tutaj też znajdziemy
jego odpowiednik.
Dając
jeszcze jeden przykład, czym jest ta książka. Bardzo, ale to bardzo, przypominała mi ona Czas mumii. Wiecie, tę parodię wszystkich młodzieżówek, gdzie
główny bohater był mumią, a główna bohaterka była przekonana, że to jego styl i
że jest po prostu hipsterem. Tylko w Przebudzonych
cały ten „egipsko-mumiowy” motyw jest jak najbardziej na poważnie.
I
druga rzecz, jaka mi okrutnie przeszkadzała w trakcie czytania, to wręcz koszmarny język. Krótkie, pozbawione
logiki zdania. Dialogi, które nie brzmią
jak normalne rozmowy. Pseudo głębokie wynurzenia głównej bohaterki, które
mają być inteligentne, a przypominają bełkot. Traktowanie czytelnika jak idioty i tłumaczenie mu wszystkich
najdrobniejszych szczegółów po pięć razy, bo przecież nie zrozumieliśmy za
pierwszym. Tutaj znajdziemy kwiatki typu „Hej, jestem Ala, mam 19 lat i chodzę
do ostatniej klasy liceum”, tylko że wypowie je starożytny książę będący mumią.
Pech
chciał, że w zeszłym miesiącu byłam w Egipcie (planowałam wtedy przeczytać tę książkę,
ale wcześniej zdążyłam wrócić do domu niż bohaterowie w ogóle pomyśleli o
udaniu się do Egiptu) i w jakimś stopniu mogę zweryfikować research autorki, który… wygląda, jakby robiony był przy pomocy
Wikipedii i Google Street View. Jak wygląda Kair według Colleen Houck? Jak
taki Nowy Jork, tylko z trzema piramidami i sfinksem w tle. Toż to wielka,
nowoczesna, zadbana i bogata metropolia. A wiecie co? Według mnie Kair to brud,
piasek, kurz, pył i budynki popadające w ruinę (a pięciogwiazdkowe hotele
popadają w trochę mniejszą ruinę). Jednak mimo wszystko – napisanie w pewnym momencie,
że gdzieś tu płynie Nil, a tam po drugiej stronie stoi piramida, nie czyni
opisu wiarygodnym i w żadnym stopniu nie przenosi czytelnika do Egiptu.
Nie
rozumiem również sposobu, w jaki autorka zdecydowała się utrudnić życie
bohaterów. Rzucała im kłody pod nogi prawie non stop, ale równocześnie bała się
poprowadzić wydarzenia w taki sposób, by rzeczywiście sprawić, ze Lilliana i
Amon będą musieli poświęcić trochę czasu na rozwiązanie problemu. A tu równie
szybko, jak pojawiła się przeszkoda, Amon odkrywał w sobie nieznaną do tej pory
umiejętność, która akurat pozwalała im wybrnąć z sytuacji, która teoretycznie
miała być bez wyjścia. I spoko, raz zdało to egzamin, drugi też, ale przy
każdym kolejnym, to robiło się trochę nudne i przestawało być zabawne.
Nie
będę owijać w bawełnę. Książka ma 480
stron. Przez pierwsze 350 towarzyszą nam emocje jak przy kopaniu ziemniaków.
Panuje tu nuda, bohaterowie są mdli, dialogi pozbawione charakteru, a do tego
brakuje jakiegokolwiek pierwiastka, który przyciągałby czytelnika do powieści i
zachęcał do kontynuowania lektury.
Warto poruszyć też kwestię
przedstawienia w tej książce mitologii egipskiej, która… nie stoi tu na dobrym
poziomie, a przede wszystkim – nie jest
wiarygodna i naprawdę się zdziwię, jeśli ktoś w to uwierzy. W tym temacie panuje tu absolutny chaos, nie wiadomo, co
właściwie jest grane i o co chodzi z tymi wszystkimi bogami, o co robi się
tyle szumu. Tu nic z siebie nie wynika i nie ma logicznego powiązania. Po
prostu czuć, że to nie ma ani rąk, ani nóg, więc jeśli nie znacie mitologii
egipskiej w stopniu dostatecznym, to cały ten wątek będzie dla was jedną wielką
abstrakcją. Ah! I broń Boże, nie traktujcie tego jako podręcznik! Bo to grozi
oblaniem matury!
I
odwieczne pytanie, które towarzyszy wszystkim kiepskim powieściom młodzieżowym –
gdzie są rodzice? Na samym początku Lilly bombarduje nas informacjami, jak to
im na niej nie zależy, jak to nie kontrolują jej życiowych wyborów. Po czym
dziewczyna wyjeżdża do Egiptu i nikt nawet nie zada sobie trudu, by do niej
zadzwonić i sprawdzić, czemu nagle zniknęła. Chyba, że wysłali list sową, wtedy
to będzie zrozumiałe, że nie zdążył dotrzeć.
Ale
są dwie rzeczy, które w Przebudzonych
się same bronią. Żeby już tak nie narzekać na resztę, to przejdźmy do tych
pozytywów.
Raz na jakiś czas pojawiają się
fragmenty dotyczące przeszłości
(czy może raczej starożytności), w których opisane są dzieje Amona i jego braci
od samych początków ich istnienia, jak doszli do miejsca, w którym aktualnie
się znajdują. I szczerze żałuję, że nie
poświęcono więcej czasu na rozwinięcie tego wątku, bo te kilka rozdziałów są
według mnie najlepszą częścią całej powieści.
Najzabawniejsze
jednak jest to, że ostatnie 30 stron
czyta się na jednym wdechu. Samo zakończenie zostało ciekawie przedstawione
i wręcz zachęca do sięgnięcia po drugą część. Tylko kurczę, czemu nie mogła być
taka cała powieść?
Tylko
znowu tu jest taki problem, że jeśli w
dalszych tomach tej serii tendencja do kopiowania Klątwy tygrysa się utrzyma, to ja już znam zakończenie całości
i nie mam najmniejszej ochoty na powtórkę rozrywki w gorszej, biedniejszej
formie.
Za możliwość zrecenzowania Przebudzonych dziękuję
wydawnictwu We Need YA

Fakty objawione:
Tytuł: Przebudzeni
Tytuł oryginału: Reawakened
Autor: Colleen Houck
Tłumaczenie: Andrzej Goździkowski
Wydawnictwo: We Need YA
Ilość stron: 488
Grubość grzbietu: 3,4 cm
Cena: 39,90 zł
Mobilność: L (nuda jest ciężka do noszenia)
Nie czytałam klątwy tygrysa, więc nie mam uczucia deja vu, ale słyszałam, że są bardzo podobne. Książka jest przeciętna, ot, typowa młodzieżówka. Podobała mi się w pewien sposób kreacja braci, ale uwielbienie jakim otoczyli Lily i sama Lily już zdcydowanie mniej. Ale kreacja mitologii jak dla mnie jest okej, w łodzieżówkach rzadko jest jakoś mocno pogłębiana. Jest mocnym przeciętniakiem, ale rozumiem frustrację. Może czułabym podobnie, czytając wcześniej niemal identyczną serię :)
OdpowiedzUsuńmrs-cholera.blogspot.com
*owacje na stojąco* idealnie ujęłaś wszystkie moje uczucia! Pomińmy, że początek recenzji jest prawie taki sam jak mój - nie oskarżam o plagiat, a stwierdzam, że to śmieszny zbieg okoliczności, że obie zaczęłyśmy recenzje od "ja to już czytałam" hahaha no tragiczna jest ta książka... Dawno się tak nie zawiodłam i tym bardziej nie na kimś, kogo uważałam za ulubionego autora... No, ale co poradzić... Zgadzam się, że te ostatnie strony jak i fragmenty ze starożytności były jedynymi, które były ciekawe. Ja to jeszcze nie mogę zdzierżyć romansu...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Roseperdu-books.blogspot.com
Twojej recenzji jeszcze nie czytałam, specjalnie, by się nią niechcący nie zainspirować, ale chyba jednak myślimy zbyt podobnie XD
UsuńRzeczywiście książka może nie jest jakoś genialnie napisana, ale dobrze się przy niej bawiłam.
OdpowiedzUsuńJa nie czytałam ,,Klątwy Tygrysa" więc, nie czułam tego plagiatu.
Wiedziałam, żeby się tak nie nakręcać do tej książki. Teraz widzę wiele rzeczy, które raziłyby mnie w oczy. Chociaż Egipt w tle mnie interesuje i pewnie dlatego przeczytam, no jestem tej książki po prostu ciekawa, ale teraz przynajmniej wiem, żeby nie oczekiwać nie wiadomo czego.
OdpowiedzUsuńEj, ale przy kopaniu ziemniaków towarzyszy sporo emocji - np. jak wlezie Ci gdzieś stonka i ni cholery nie możesz zlokalizować, gdzie ta łajza jest. Albo jak wyciągasz kartofla z ziemi i kamulec wlezie Ci pod pazura. Wtedy towarzyszy nam mnóstwo emocji xD
OdpowiedzUsuńAle swoją drogą czy tylko ja mam wrażenie, że Ty ciągle się wozisz po świecie? XD
Ty, no przecie. Ja to zawsze mam w sumie emocje, czy dziadek koparką przetnie ziemniaki czy może udało mu się dobrze ustawić i ziemniaki całe XD
UsuńCzy ja wiem... w tym roku raz byłam dopiero XD