czwartek, 23 kwietnia 2015

Recenzja| Zac&Mia - A. J. Betts


Każdy z was jeśli nie czytał, to przynajmniej słyszał i wie, o czym jest Gwiazd naszych wina. Historia o miłości dwojga nastolatków chorych na raka. Odnaleźli siebie w momencie najmniej przez nich spodziewanym i przeżyli jeszcze razem wiele, myśląc, że szczęście im nie przysługuje.

Zac&Mia bardzo często porównywane jest do właśnie tej książki Greena. Choroba, rak, nawet można się doszukać podobieństw jeśli chodzi o jego typ w obu powieściach. I dlatego z jednej strony bardzo chciałam przeczytać propozycję A. J. Betts, a z drugiej obawiałam się dużego rozczarowania i nieudolnej próby plagiatu. Pierwszym krokiem był zakup, ale nie od razu się zabrałam do czytania. Dopiero ostatnio poczułam impuls, by poznać tę historię. Nie jest ona gruba, ma coś około trzystu stron, toteż nie wiem, dlaczego czytałam ją tak długo, bo aż dwa tygodnie. Może to zastój, może nauka. Choć nawet jak miałam chwilę wolnego czasu, łapałam się, że wolę oglądnąć serial niż kontynuować lekturę.

Nastoletni Zac jest chory na białaczkę. Poznajemy go, gdy już któryś raz trafia do szpitala na oddział onkologiczny dla dorosłych. Przechodził kilka cykli chemioterapii, pielęgniarki go znają bardzo dobrze, ale ze starszymi pacjentami nie nawiązuje żadnych znajomości. Jedyny temat, który może z nimi poruszyć, to wypróżnianie się. Jedyną rozrywką chłopaka jest muzyka, Scrabble i granie z mamą w Call Of Duty. Toteż gdy do pokoju numer dwa wprowadza się dziewczyna w jego wieku, Zac natychmiast się nią interesuje. Próbuje ją wybadać, dowiedzieć się, na co choruje. Można powiedzieć, że on już jest w tym ekspertem. Dlatego doskonale rozumie przez co przechodzi Mia; chemia, wypadanie włosów. On sam to przeżył.


W przerwach między wizytami lekarzy a mamy, Zac notorycznie sprawdza nowe statystyki. Tylko w nie wierzy. Chce wiedzieć, ile ludzi umarło danego dnia, ile z nich pożegnało się z życiem przez raka, a ilu z powodu białaczki. Zna dokładne procenty na wyzdrowienie dla siebie, później też dla Mii. Wykresy są dla niego niczym tlen.

Wbrew moim początkowym obawą, Zac&Mia jest zupełnie inne niż Gwiazd naszych wina. A. J. Betts stworzyła zupełnie inną historię, z inną puentą. Mogę nawet powiedzieć, że uczyniła swoją powieść bardziej realistyczną. Przybliżyła czytelnikowi lepiej całokształt nowotworów wszelkiego rodzaju, problemów, z jakimi muszą się zmagać chorzy i nadzieje, których czasem im już brakuje. Bohaterowie są tacy jak my, co potęguje nostalgię. Rak może dosięgnąć każdego, on nie patrzy na wiek ani cyferki na koncie.


Coś, co na początku bardzo mnie ciekawiło, pod koniec książki mocno irytowało. Cała powieść podzielona jest na trzy części. Pierwsza pisana z perspektywy Zaca, druga na zmianę, a trzecia w całości jest opowiedziana przez Mię. Jak nie lubię rozdziałów pisanych z męskiej osoby tak tutaj ich wyczekiwałam, a te z punktu widzenia dziewczyny mnie wkurzały i sprawiały, że nie chciałam ich czytać. Postać Mii niemiłosiernie mnie denerwowała. Zachowywała się bardzo egoistycznie i infantylnie. Ale też roztaczała wokół siebie pewną aurę tajemniczości. Nie można było przewidzieć jej działań. Na jednej stronie wydawała się być już spokojna, a na kolejnej można było spodziewać się po niej wszystkiego. Dodatkowo taki zabieg często wywoływał u mnie zdezorientowanie. Często łapałam się, że czytam rozdział o Mii, a myślałam, że jest o Zacu i na odwrót.

Akcja książki umiejscowiona jest w Australii, co także mnie zadziwiło. Nie znam się na geografii tego kraju, więc zorientowałam się tylko dlatego, że w pewnym momencie pojawiły się wzmianki o hodowli kangurów i owiec. Wcześniej zastanawiało mnie; gdzie oni mieszkają? No, to teraz już wiem.


Podsumowując całość. Mimo moich trudności z przebrnięciem przez tę historię, nie do końca tego żałuję. Książka daje dużo do myślenia. Pokazała, że ludzie mają większe i poważniejsze problemy. Nawet postać Mii zapadła mi w pamięć, i to wcale nie w negatywnym sensie. Nie lubię jej, to przyznać mogę otwarcie, ale to tak właśnie reaguje młoda dziewczyna, która dowiaduje się, że jest chora na raka. Jej zachowania są całkowicie normalne, musiała odnaleźć się w nowej sytuacji, co trzeba jej wybaczyć. I przyznając na sam koniec, całkiem dobrze sobie radziła.

Jeśli ktoś chce przeczytać, śmiało. Jeśli nie, nie ma problemu. Nie polecam jej nikomu, ale nie odradzam. Nie wiem nawet komu mogę ją zarekomendować, bo do mnie nie trafiła, a zakochałam się w Gwiazd naszych wina. Może osoby, które interesują się tematami onkologicznymi, znajdą coś dla siebie. Choć znając życie, odnajdą tylko wiele błędów związanych z nowotworami.

Po Zacu&Mii spodziewałam się czegoś więcej. Czytałam wiele opinii na ten temat i wszystkie wychwalały tę książkę. Pisano, że mnie wzruszy do łez, wstrząśnie i złamie mi serce. Ale prawda jest taka, że nic podobnego nie nastąpiło. Nie mówię, że powieść jest zła, zdecydowanie nie. Ale nastawiłam się na tort z kawiorem, a dostałam odgrzewane kotlety.

 

sobota, 18 kwietnia 2015

Stosik #1 - Poegzaminowy

Już od prawie miesiąca mamy wiosnę. Pogoda czasem dopisuje, czasem nie. Jednak słońce i zbliżające się lato to nie wszystko. Nim nadejdą wakacje, nadejść musi jeden tydzień kwietnia, który budzi przerażenie, trwogę, strach... Ale później ulgę. Otóż to, egzaminy gimnazjalne!

Od dawna nie pojawiło się na blogu nic nowego. Miałam zamiar dodawać wpisy przynajmniej dwa razy w tygodniu. Na początku w miarę mi się udawało, ale później wyszedł jeden wielki klops. Uświadomiłam sobie, że do egzaminów nie zostało znowu aż tak dużo czasu, jakby się mogło wydawać.

Muszę więc z tego powodu przyznać się, że brak recenzji nie jest nieuzasadniony. Do tej pory w kwietniu przeczytałam tylko jedną cienką książkę. Oczywiście fabularną. Bo ilością podręczników, testów, notatek czy innych dupereli to mi się uzbierał całkiem niezły stosik. A niezbyt mi się uśmiecha pisanie recenzji książki do historii. Było i już nie wróci. Ale uczyć się trzeba. Sukcesem jest, że ta nauka na razie nie idzie na marne. Ale efekty zobaczę dopiero po przyszłotygodniowym egzaminie, który będzie prosty. Ma być prosty. Musi być prosty.

W związku z tym lekkim (lekkim? Gigantycznym) zastojem czytelniczym, którego padłam ofiarą, niecierpliwie czekam na przyszły weekend, kiedy będę mogła w końcu wziąć książkę do ręki i nie mieć wyrzutów sumienia, że egzamin tuż-tuż a ja się nie uczę. Zaplanowałam więc sobie stosik na okres po szopce z nauką, wyborem szkoły i innych duperelach. Są to pozycje, które w większości od bardzo dawna są na mojej półce, jest o nich głośno na polskich i amerykańskich blogach, a ja w dalszym ciągu ich nie przeczytałam.

A więc bez zbędnego przedłużania we wstępie, (który i tak był zbyt długi), zapraszam na mój poegzaminowy stosik:


Obsydian to książka, którą kupiłam jakoś na początku roku. Wiele osób ją poleca i na polskim i zagranicznym booktubie oraz na samych blogach poświęconych książkom.
Miłość? Jest.
Przystojny męski bohater? Jest.
Kosmici? Odhaczone.



Wróżbiarze to mój nabytek z promocji z zeszłego miesiąca. Akcja rozgrywa się w poprzednim wieku w Nowym Jorku. To może być ciekawa alternatywa od współczesnych czasów. No a dodatkowo zachęciły mnie wasze komentarze pod marcowym stosikiem, w których polecaliście tę książkę i pisaliście, że sami chcielibyście ją przeczytać.



Delirium. Czy jeśli miłość byłaby chorobą, wziąłbyś na nią lekarstwo? Coś podobnego jest chyba napisane na okładce. Nie mam pojęcia, bo kupiłam tę książkę wieki temu, położyłam na półce i jakoś tak się kurzy od dłuższej chwili. A wiele osób poleca, wiele krytykuje. Spotkałam się z dwoma skrajnymi opiniami. Mam nadzieję, że ja będę raczej zwolennikiem.



Pominę fakt, że Dotyk Julii mam w tej starej wersji okładkowej... (ale tak, ubolewam nad tym bo ta nowsza jest śliczna).
Dotyk, który zabija? Jest.
Miłość? Pewnie też jest.
Interesujący opis? Tak.



Córka dymu i kości to książka, nad którą rozwodzą się wszyscy. I słowa na pierwszej stronie:



Więc zapowiada się interesująca lektura? Póki co nie mogę się doczekać!



I ostatnią pozycją, którą mam zamiar przeczytać, jest Miniaturzystka. Niesamowita historia, której akcja rozgrywa się w Amsterdamie w siedemnastym wieku. Czy już samo to nie brzmi niezwykle i inaczej?

 

Tak przedstawiają się moje czytelnicze plany na przyszły tydzień, czyli na egzaminy i weekend po nich. Zamierzam w tym tygodniu czytać tyle, ile tylko dam radę, by się nie uczyć i nie stresować wynikami. Uczyłam się już wystarczająco dużo, więc pójdę, napiszę, wrócę i poczytam.

Nie wymieniłam w tym stosiku dwóch książek, które czytam aktualnie. Jedna z nich to Czerwona królowa. Zaczęłam ją w Wielkanoc i strasznie się męczę, przynajmniej na razie. Przeczytałam pierwsze 11% i jak na razie jestem zawiedziona. Wiele opinii słyszałam, że ta powieść mnie porwie, a na razie jest dość schematyczna i przysuwa mi na myśl Przysięgę albo nawet i Igrzyska Śmierci.

Druga książka to Papierowe miasta. Chciałam zostawić sobie powieść Greena na koniec bo bardzo lubię jego styl, ale premiera filmu ma być bodajże w czerwcu, a ja najpierw muszę przeczytać, by oglądnąć. W drugą stronę to tak nie działa i już nie do końca później doceniam pierwowzór papierowy.

 

Jeśli ktoś z was czytał jakąś z powyższych książek, to niech napisze w komentarzu co o niej myśli, czy poleca i czy mu się podobało. A jeśli napisaliście recenzję, to także możecie wkleić do niej linka pod spodem. Chętnie zajrzę. A jeśli ktoś z was jeszcze tych pozycji nie czytał, a nad tym myśli, to już teraz zapraszam na recenzje, które mam nadzieję opublikować zaraz po skończonej lekturze.


 

piątek, 10 kwietnia 2015

Recenzja| Maszynopis z Kawonu - Tomasz Kowalczyk


Arbuz zwyczajny to gatunek rośliny z rodziny dyniowatych. Pochodzi z Afryki Południowej, gdzie nadal rośnie dziko, ale został rozprzestrzeniony jako gatunek uprawny w wielu innych regionach świata o ciepłym klimacie. Arbuz zwyczajny, nazywany bywa też kawonem, posiada długą łodygę z wąsami czepnymi, liście sercowate u podstawy, niewielkie żółte bądź zielonkawe kwiaty oraz rozległy system korzeniowy. Jego owoc jest jadalny, w zależności od odmiany ma czerwony, żółty, różowy, biały miąższ.

Dlaczego taki wstęp? Otóż pierwsze pytanie, jakie sobie zadałam, gdy dostałam tę książkę, było właśnie o tytułowy Kawon. Co to jest i z czym to się je? To miejsce czy rzecz? A to się okazuje, że to inna nazwa dla niezbyt przeze mnie lubianego arbuza. Lecz co ma tytuł do treści? Tak łatwo nie będzie. Odpowiedź znajdziecie tylko w książce autorstwa Tomasza Kowalczyka Maszynopis z Kawonu.

Główny bohater jest inny, niż może się wydawać. Cały czas poszukuje wytchnienia i próbuje zrozumieć otaczające go środowisko. Nie zaprzestaje podróży w głąb własnego jestestwa. Potrafi wejść pod powierzchnię każdej rzeczy i przeniknąć ją bardzo dokładnie. Bardziej skupia się na swych myślach niż wypowiedziach, toteż więcej dowiadujemy się o nim z jego długich i obszernych wewnętrznych wywodów, w których porusza wiele ciekawych aspektów. Miejscami czyni z błahych i codziennych czynności coś tajemniczego, nawet i rzecz kultu, część jakiegoś rytuału.


Do pisania tej recenzji zabierałam się cały dzień. Nie mogłam do końca sprecyzować swoich myśli po tej niezwykłej lekturze, bo w dalszym ciągu jestem oszołomiona i pozytywnie zaskoczona. Gdy już w końcu usiadłam do komputera i podjęłam próbę pisania, uznałam, że mój pulpit natychmiastowo potrzebuje odrestaurowania. Wszystko to dlatego, że o Maszynopisie z Kawonu nie da opowiadać osobom, które nie lubią odkrywać nowości, a pozostają tylko przy przyjemnych, w większości nic nie wnoszących, powieściach. By wejść w głębię utworu Tomasza Kowalczyka trzeba po pierwsze mieć chęci, a po drugie czas.

Jest to poetycka opowieść o podróży, to tak, z opisem się zgadzam. Książka jest o człowieku odkrywającym samego siebie pośród cały czas biegnącej na przód technologii i techniki. Ludzie nie zastanawiają się nad istotą posiadania, dla nich ważne jest po prostu, by mieć. Konsumpcjonizm szerzy się wszędzie i spotkać można go na każdym kroku. A jeśli ktoś taki nie jest, to nie pasuje do szeregu, bo się wyróżnia. Z tym mamy tu właśnie do czynienia. Główny bohater nie boi się zatrzymać, by wziąć głęboki oddech.


Książka jest bardzo cieniutka, bo liczy sobie zaledwie niecałe 150 stron, ale ogrom inności, którą zawiera, będę pewnie rozpakowywać jeszcze przez długi czas. Rzecz, która bardzo mi się podobała, to odmienny styl zaprezentowany przez autora, niż ten, do którego przywykłam. Tomasz Kowalczyk postawił na poetyckie przedstawienie świata. Opisuje go w tak niezwykły sposób, że w jednym momencie możemy płakać ze śmiechu, a w drugim płakać, że opis miejsca, w którym żyjemy, brzmi pięknie tylko, gdy stoi za nim poeta.

Książka była zbyt wspaniała, by być prawdziwą, toteż rozpaczliwie potrzebowałam znaleźć jakąkolwiek wadę. I udało mi się znaleźć jedynie jedną, która na dodatek stuprocentową wadą nie jest. To raczej doczepienie się czytelnika do konstrukcji tekstu. Otóż to wygląda trochę paradoksalnie. Bohater rozmyśla na jakiś temat, używa mnóstwa wyszukanych porównań, metafor i innych środków stylistycznych, a tu nagle przywala skrótem „itp.” albo „np.”. Czy to sen, czy to radę, ja tu zawszę znajdę wadę.


Wbrew pozorom Maszynopis z Kawonu czyta się bardzo szybko, ale mimo to nie umiałam przeczytać go za jednym razem. Wielokrotnie musiałam odkładać książkę, nie wiem, czy z powodu samego tekstu, czy może jakiś inny czynnik miał na to wpływ. Albo po prostu moje zmęczenie nauką dało o sobie znać.

Słowem podsumowania. Moim zdaniem odbiorcy tego utworu nie powinni być szufladkowani, bo sięgnąć po niego może dosłownie każdy, do czego zachęcam. Jest to miła odmiana od tego, co przeważnie ludzie czytają. Niektóre wypowiedzi rozbawiają, inne przynoszą smutek, jeszcze inne są dość kontrowersyjne, czasem w złym guście. Ale to wszystko składa się na wspaniałą pracę Tomasza Kowalczyka, autora, który wprowadza powiew czegoś nowego, co jeszcze jest nieznane i w czym nie da doszukać się schematów.

 

Za książkę do recenzji dziękuję autorowi. 

wtorek, 7 kwietnia 2015

Wielkanocny Tag Książkowy

Jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję za nominację z bloga http://somedayiwillbewayland.blog.pl/ (na którego was zapraszam ;)). Może moje odpowiedzi dodaję rychło w czas, ale w sumie mamy piękną zimę tej wiosny więc kogo tam obchodzi dzień spóźnienia. Miałam zrobić ten tag w Poniedziałek Wielkanocny, ale korki pokrzyżowały mi plany, jak to zawsze bywa. Ale pamiętamy jeszcze święta, dalej pozostajemy w ich klimacie, jedzenie pewnie jeszcze zostało w lodówce, więc bez przedłużania zapraszam serdecznie na Wielkanocny Tag Książkowy.

Króliczki
>>seria, której chcesz więcej (czekasz na jej sequel)<<


Mogłabym powiedzieć, że Akademia Wampirów. Jak początkowo ją czytałam, to niezbyt mnie urzekła. Ale jak kończyłam ostatni tom, to nie dowierzałam, że to już koniec mojej przygody z Rose i Dymitrem. Jeszcze jak na złość dialogi w ostatnim rozdziale rozbawiły mnie do łez. Nie wiem, czy dlatego, że rzeczywiście były śmieszne, czy po prostu tak kocham tę serię.

 

Jajko
>>książka, która cię zaskoczyła<<


W zeszłe wakacje przypadkiem przeczytałam Dziewczynę, która chciała zbyt wiele Jennifer Echols. Wydawała się niepozorna, ale do dzisiaj nie mogę jej zapomnieć, bo jednak ma coś w sobie, co czyni ją magiczną i niezwykłą. Oczarowała mnie, pociągnęła za sobą. Od dawna noszę się z zamiarem napisania jej recenzji, ale cały czas wydaje mi się, że temat jest zbyt świeży. Ale może w końcu mi się uda, bo polecam tę książkę naprawdę każdemu.

 

Tropienie jajeczek
>>książka, którą z trudem dostałaś w swoje ręce<<


Bezapelacyjnie i niezaprzeczalnie Greška u našim zvijezdama czyli Gwiazd naszych wina po chorwacku. Przeszłam cały Szybenik w poszukiwaniu księgarni, gdzie mogłabym ją kupić. Później przeleciałam całe stare miasto w Zadarze i nigdzie nie mogłam jej znaleźć! Albo panie mnie nie rozumiały, albo kompletnie nie mówiły po angielsku, albo wyprzedali, albo to jeszcze coś innego... Ale w końcu ją zdobyłam i nigdy jej nie oddam. W tym roku moim celem jest wersja francuska i hiszpańska. Może włoska przy dobrych lotach. Ciekawe, co z tego wyjdzie, hehe. I ile kilometrów zrobię na poszukiwaniach.

 

Owieczki
>>dziecięca książka, którą nadal uwielbiasz<<


Czy ja wiem, czy dziecięca... Nie miałam wtedy takich książek. Ale jak byłam dzieckiem, uwielbiałam baśnie. Do tej pory uwielbiam baśń Andersena Dzikie łabędzie. Kocham, kocham, kocham. Pamiętam, że mogli mi ją czytać na okrągło, a później ja sama ją sobie cały czas czytałam.

 

Wiosna (chyba powinna w tym roku być zima...)
>>książka z okładką, która przywodzi ci na myśl tę porę roku<<


Może niekoniecznie okładka, bo ja mam kompletnie beznadziejną (nie mogłam jej znaleźć w internecie :c) ale jak zobaczyłam to pytanie, to od razu pomyślałam o Tajemniczym ogrodzie. Tytuł, tematyka. Tam było dużo kwiatów, nowego życia, nowych szans czyli tego, czym charakteryzuje się moim zdaniem dobra wiosna (czyli nie tym, co aktualnie mam za oknem)

 

Jezus
>>religijna książka, którą kochasz<<


Nigdy nie przeczytałam religijnej książki i chyba nie zamierzam. Nie czuję takiej potrzeby. Jak będę chciała się uduchowić, to sięgnę po Pismo Święte. Ale co do tej kategorii... Ojciec Ronnie z Ostatniej Piosenki był wierzący. I tam trochę było odnośnie Boga, kościoła, itepe.

 

Zmartwychwstanie
>>książka od nieżyjącego już autora<<


Z wielkim bólem serca muszę wspomnieć o całej trylogii Millenium autorstwa nieżyjącego już Stiega Larssona. Pierwsza część serii była dobra, druga niezła, trzecia mnie trochę rozczarowała, ale mimo to jestem pod dużym wrażeniem pomysłu na ten cykl. Wszystkie szczegóły były dopracowane i do ostatniej strony fabuła była zagmatwana. Dlatego do tej pory jest mi przykro, że Larsson zmarł chyba nawet przed publikacją pierwszego tomu.

 

Koszyczki
>>książka, która aktualnie znajduje się na twojej liście życzeń<<


Taka totalnie must have? Duma i uprzedzenie wydana przez Świat Książki. Ta wersja jest piękna, ale jak na złość nie mogę jej teraz nigdzie dostać ;/

 

Cukierki
>>słodka książka<<


Ostatnio dodawałam jej recenzję.(KLIK) Ostatnia spowiedź: tom 1 jest dość mocno przesłodzony. Niestety dla mnie w trochę negatywnym sensie. Jak lubię takie idylliczne romanse, to tutaj brakowało mi jednak tej akcji. Dostałam ją dopiero na czwartej (znowu bulwers, na CZWARTEJ) stronie od końca.

 

No, to by chyba było na tyle. Mam nadzieję, że wybaczycie mi to lekkie spóźnienie. Do zabawy zapraszam serdecznie:

http://zrecenzowano.blogspot.com/
http://niebo-pieko-ziemia.blogspot.com/
http://majkabloguje.blogspot.com/?m=0

Z przyjemnością przeczytam wasze odpowiedzi na pytania poszczególnych kategorii ;)

środa, 1 kwietnia 2015

Book Haul - marzec 2015

Gdy zaczynał się ten miesiąc, nie sądziłam, że ta notka będzie tak bogata w nowe książki. Planowałam zamówić książki z księgarni Bonito.pl i to tyle. No ale już mnie chyba znacie i wiecie, że promocje (ach, promocje!) to coś, co kocham i nie mogę się im oprzeć. A więc, w tym miesiącu przybyło do mnie aż czternaście fizycznych książek i także trochę ebooków. Zapraszam serdecznie do czytania :D



Zacznę może od zamówienia z wyżej wspomnianej księgarni. Kupiłam tam pięć książek z mojej listy TBR, co mnie bardzo cieszy, bo ta lista zrobiła się trochę krótsza. Choć pewnie niedługo znów urośnie...

Książka, którą bardzo chciałam mieć odkąd wyszedł film na jej podstawie. Do tego bardzo chciałam mieć tę starszą wersję okładkową. No i się udało!

Jest to historia o pewnym zombie, który zakochuje się w ludzkiej dziewczynie. Nie umiem powiedzieć nic o niej więcej, bo jeszcze jej nie czytałam, ale mam nadzieję, że niedługo się to zmieni. No i powieść z zombie, nie czytałam jeszcze takich za wyjątkiem Alicji w krainie zombie. Teraz będę mieć porównanie.


Do kupienia tej książki zainspirowało mnie Gwiazd naszych wina, gdzie zostaje kilkukrotnie wspomniana postać Anne Frank. Wiedziałam jako tako, że to historia żydowskiej dziewczynki. Może teraz przez liczne teksty o tematyce drugiej wojny światowej, które omawiam w szkole, albo powód jest jakiś inny, ale ciekawią mnie tamte czasy. Obozy koncentracyjne, holokaust czy sama działalność Hitlera. No i moja opinia o Złodziejce książek jest bardzo dobra, więc mam nadzieję, że i Dziennik mi przypadnie do gustu, wzruszy, zezłości, rozczuli...


W ostatnie wakacje oglądałam film na podstawie tej książki bez świadomości, że jest to adaptacja. A teraz mam u siebie na półce to piękne wydanie Służących, które aż się pali, by je przeczytać. Film mi się bardzo podobał. Kocham Stany Zjednoczone, więc lekka dawka historii i kultury zawarta na kartach tej powieści to będzie coś bardzo ciekawego. Dyskryminacja czarnych, wywyższanie się białych. Odwrócenie mojej kolejności, czyli teraz czytanie książki już po oglądnięciu filmu, może być dobrą zmianą. I mam nadzieję, że nie będę żałować.


Każdy w dzieciństwie chyba kochał baśnie... Początkowo nie planowałam zakupu tej książki, ale później uznałam, że w końcu raz się żyje. Baśnie bez cenzury? Zdecydowanie więcej opowieści niż te, które poznałam jako dziecko? To może być bardzo ciekawa podróż do czasów, gdy rodzice czytali mi bajki na dobranoc. A do tego ta powieść jest idealna na mój klasowy festiwal beletrystyki czyli do zaprezentowania jej i zachęcenia do czytania. Teraz już Wielkanoc więc dużo wolnego czasu. Na pewno oprócz powtórek przeczytam tę pozycję. I oczywiście możecie się spodziewać recenzji.


To jest książka, którą wiele osób poleca i się nią bardzo zachwyca, a ja jestem bardzo ciekawa, dlaczego? Słyszałam baaaardzo dużo pozytywnych opinii na jej temat i dzięki nim strasznie chcę ją przeczytać. Nie mam pojęcia o czym jest, ale tytuł, okładka... Brzmi interesująco. Mam nadzieję, że mi się spodoba i nie będę jedyną osobą z odmiennym zdaniem niż cała reszta.


Ta książka to już efekt mojego zbyt długiego pobytu w Empiku. Na jej temat także słyszałam wiele opinii, niekoniecznie wszystkie były pozytywne, ale większość osób polecała ją ze względu na pewną niezwykłość. Powieść jest ozdobiona w środku licznymi zdjęciami, które nie do końca są piękne i kolorowe. Głównie czarno-białe i zmuszające do rozmyślań.

Jest to opowieść o sierotach z domu na tajemniczej wyspie, którą zamieszkiwały kiedyś równie tajemnicze dzieci. Jestem bardzo ciekawa co z tego wyniknie.


Tę książkę polecało mi wiele osób i od dnia jej premiery nosiłam się z zamiarem kupna. I oto trafiła do mnie. Nie do końca w marcu, bo weszłam w jej posiadanie ostatniego dnia lutego, ale już miałam napisaną notkę ze stosikiem, więc uznałam, że przerzucę ją do następnego.

Nie za bardzo interesuję się polityką, ale sposób, w jaki ludzie wypowiadają się o tej książce, jest bardzo niezwykły. Intryguje mnie sposób, w jaki autor przedstawi ten brutalny świat. A później jak przełożone zostaje to na serial.

Teraz nadszedł czas na moje zdobycze w promocyjnych cenach. Uwaga, lokowanie produktu. Uwielbiam Tesco i Biedronkę. Książki po 3 złote? Zdecydowanie raj dla mnie.


Widziałam kiedyś ją w Empiku, ale nie zaciekawiła mnie na tyle, by kupić ją za pełną cenę. Ale jak zobaczyłam ją za bodajże osiem złotych, to musiałam ją mieć. Z tego co się orientuję, jest to trochę taki thriller, może kryminał. Nastolatka zostaje znaleziona martwa w wannie. Nie wiadomo, czy to samobójstwo, czy ktoś ją zamordował. Jej koleżanki z klasy, bliźniaczki, postanawiają się dowiedzieć, co wydarzyło się naprawdę.


To znowuż jest zdobycz z Biedronki w niskiej cenie. Słyszałam o Jednym dniu tego autora i bardzo chcę to przeczytać, ale póki co jak zobaczyłam My, to musiałam kupić. Nie mam bladego pojęcia o czym ta książka opowiada. Przyznaję się, że jest u mnie z powodu nazwiska. Ale to będzie ciekawe doświadczenie; przeczytać powieść bez czytania opisu na okładce.


Libbę Bray kojarzę z jej innej serii, której jeszcze nie czytałam. Po części dlatego, że te książki są grube, a ja dysponuję tylko ebookami, a nie przepadam za czytaniem obszernych powieści elektronicznie. Dlatego Wróżbiarze to może być dobra motywacja, aby w końcu poznać twórczość tej autorki.

Akcja tej konkretnej książki umiejscowiona jest w Nowym Jorku, ale nie we współczesnym. Znajdziemy tam jazz i rewię, do tego liczne morderstwa, z którymi nie może się uporać miejscowa policja.


Opowieść z 2044 roku, ludzie Ameryki głodują i zamarzają na ulicach. Główny bohater ucieka od tej brutalnej rzeczywistości do globalnego wirtualnego świata. Jest to symulacja, w której może robić wszystko, czego zapragnie.

Te książki kupiłam za 3 i 4 złote. Jedno to fantasy, reszta to coś w stylu przygodówek i kryminałów. Mam nadzieję, że ich niska cena nie świadczy o niskim poziomie pisania. Wszystkie trzy są bardzo cienkie, więc niedługo będziecie mogli przeczytać moje opinie na ich temat.


To by było na tyle, jeśli chodzi o książki, które zakupiłam w marcu. Skoro ten miesiąc był tak obfity w nowe pozycje, to nie przewiduję napływu nowości w kwietniu. Choć o marcu też tak mówiłam a wyszło jak wyszło. Mam za to do was jeszcze jedno pytanie. Czy zainteresowani jesteście czytaniem na moim blogu czegoś takiego jak popularne Wrap Upy? Czyli zestawienie książek przeczytanych przeze mnie w danym miesiącu? Piszcie swoje opinie w komentarzach. I oczywiście jeśli macie jakieś inne pomysły na pomoc w udoskonaleniu mojego bloga, to także chętnie je przeczytam. Do następnej notki! A także zdrowych i spokojnych świąt Wielkanocnych oraz smacznego jajka wszystkim życzę :D