Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 stycznia 2021

21 filmów na 2021 rok

Tydzień temu dzieliłam się z wami moją listą 21 książek, które koniecznie chcę przeczytać w 2021 roku. I teraz znowu mam kolejną listę do zrealizowania, tym razem wybrałam sobie 21 filmów, które zamierzam obejrzeć w tym roku.

środa, 16 września 2020

Ostatnie premiery kinowe - Mulan, Tenet, After 2

Na samym początku tego roku filmowe premiery nas nie rozpieszczały, a później kina zostały zamknięte i tym samym wiele premier przesunięto. Na nową odsłonę Mulan czekaliśmy bardzo długo, tak samo twórcom Teneta nie spieszyło się z powrotem na ekrany, zaś After 2 było przesuwane kilkanaście. Na szczęście wygląda na to, że już wszystko powoli wraca do normy, nowe produkcje zaczynają się pojawiać i wywołują wiele szumu. Ale czy słusznie jest o co?

niedziela, 23 sierpnia 2020

Oglądam filmy animowane!

Cały czas myślałam, że jestem na bieżąco w różnymi animowanymi produkcjami, a potem… zrozumiałam, że na bieżąco, to ja może byłam, ale jakieś 10 lat temu. Wiecie, jak każde dziecko miałam etap, że bajki to był jedyny zjadliwy produkt, jaki przyjmowałam bezkrytycznie i nie rozumiałam, dlaczego ktoś mógłby chcieć oglądać filmy z prawdziwymi ludźmi – po co, skoro widzimy ich na co dzień? Później zaś z bajek wyrosłam, bo wiecie, wyszedł Zmierzch i moje priorytety się zmieniły. Za to teraz z wielką przyjemnością wracam do produkcji Disneya i innych, bo kurczę, one nigdy nie zawodzą!

środa, 22 lipca 2020

Odsiecz filmowa #2 - musicale i filmy muzyczne

Witam was w kolejnej odsłonie odsieczy filmowej! W dzisiejszej odsłonie pokażę wam 6 tytułów, które są bardzo zróżnicowane – trafią się tu pozycje, które koniecznie trzeba obejrzeć, ale też niestety do części nie będę was zachęcać (wręcz będę odradzać jak tylko mogę).

środa, 1 lipca 2020

Polskie filmy historyczne - Wołyń, Piłsudski, Legiony i Miasto 44


Już na wstępie zaznaczę, że kiedyś nienawidziłam polskich filmów historycznych i to chyba nawet z wzajemnością. Jednak pośród morza beznadziejnych tytułów da się znaleźć naprawdę niezłe perełki. Szkoda tylko, że można je policzyć na palcach u jednej ręki.

środa, 17 czerwca 2020

Odsiecz filmowa #1 - filmy oscarowe i docenione przez krytyków

Ostatnimi czasy wzięłam się za oglądanie filmów, co jakoś nigdy specjalnie dobrze mi nie wychodziło. O wiele bardziej wolę oglądać seriale lub czytać książki, no ale sztuka filmowa to także całkiem pokaźny dorobek kulturalny i wypadałoby nadrobić niektóre zaległości.

niedziela, 5 kwietnia 2020

365 dni - KSIĄŻKA VS. FILM


Przyznać się, bez bicia, kto nie słyszał w ostatnich miesiącach nic o polskim bestsellerze 365 dni? Blanka Lipińska ze swoją powieścią erotyczną szturmem zawładnęła półkami w Empiku i sercami czytelniczek, które gustują w tego typu literaturze. W połowie lutego zaś znienawidzili ją ci wszyscy partnerzy oddanych fanek, którzy z wielkim bólem musieli wybrać się na ekranizację historii Laury i Massimo do kina na Walentynki.

piątek, 13 marca 2020

60 filmów, które chcę obejrzeć w 2020 roku


Ah, coś ostatnio na tym blogu wiatr hula i ogólnie pustka nastąpiła dość spora. Jednak mam nadzieję, że uda mi się powoli wrócić i publikować jakieś posty, może nie jakoś specjalnie regularnie, ale od czasu do czasu.

czwartek, 26 grudnia 2019

Wielka Filmowa Konfrontacja


Pamiętacie jak przed rokiem dodałam post z listą 100 filmów, które chcę obejrzeć? Chyba nadszedł czas najwyższy, by zobaczyć, jak mi poszło to moje nie takie znowu małe wyzwanie.

piątek, 8 listopada 2019

Kolejna porażka? - Październikowe Wyzwanie Filmowe 2019 [PODSUMOWANIE]


Wrześniowe Wyzwanie Filmowe wywołało tyle emocji i próśb o edycję październikową, że z przyjemnością zabrałam się za jej organizację i samodzielne wypełnianie wyzwań. Wzięłam też poprawkę na początek nowego roku akademickiego i nie porwałam się na 31 filmów w 31 dni, bo to byłoby fizycznie niemożliwe. Także założeniem wersji październikowej było obejrzenie 10 tytułów. A jak mi poszło w praktyce?

niedziela, 29 lipca 2018

DLACZEGO? ... Mamma Mia 2: Here We Go Again! [RECENZJA]


Na drugiej części Mamma Mii byłam już jakiś czas temu. Miałam możliwość pójścia na pokaz przedpremierowy, a że byłam podjarana opcją obejrzenia kontynuacji jednego z moich ulubionych filmów wszechczasów, to zabrałam się i poszłam. Z kina wyszłam wściekła, zdezorientowana i smutna. Wściekła, bo kto do cholery pozwolił na ten film, zdezorientowana, bo jednak cała oprawa była dobra, a smutna, bo kurczę, udało mi się wzruszyć.

niedziela, 6 maja 2018

100 filmów, które chcę obejrzeć


Całkiem niedawno mogliście oglądać u mnie na blogu listę 100 książek, które chcę przeczytać. Podczas tworzenia tamtej przyszło mi do głowy, że w sumie lubię też oglądać filmy, więc mogłabym zrobić coś podobnego w całości im poświęconego.

niedziela, 21 stycznia 2018

Zwiastun lepszy od samego filmu? "Pierwszy śnieg" reż. Tomas Alfredson [RECENZJA]

Na ten film czekałam dobre pięć lat.


Może nie dałam wam tego odczuć w drastyczny sposób, bo wtedy jeszcze nie parałam się pisaniem bloga, ale wiedzieć musicie jedno; uwielbiam kryminały. Ale tylko skandynawskie, nie pytajcie dlaczego, bo sama nie wiem. Wśród gąszcza norwesko-szwedzko-podobnych autorów na prowadzenie w moim prywatnym rankingu wyłonił się Jo Nesbo z całym swoim dorobkiem. Pomińmy fakt, że do tej pory przeczytałam tylko 5 jego książek (ja sobie dawkuję przyjemność, sami rozumiecie). Jasnym było, że na Pierwszy śnieg pójdę możliwie jak najszybciej.

niedziela, 20 sierpnia 2017

"Chata" z wypaczonym obrazem Boga i Alex Pettyfer aka "Bestia" - [JEDNOSEANSÓWKI] czyli przegląd filmowy

Ostatnimi czasy łatwiej mi jest oglądnąć film niż czytać książki…


Tym razem urządziłam sobie kino w domu. Przytargałam worek pistacji, postawiłam pod ręką kartonik z mlekiem sojowym, wyłożyłam nogi na biurko i zasiadłam do laptopa. Tematem przewodnim była Chata oraz Bestia. Dwie godzinki na poważnie oraz półtorej zupełnego odmóżdżenia.

niedziela, 23 lipca 2017

Jak być dobrym kierowcą? "Baby Driver" reż. Edgar Wright [RECENZJA]

Ja nie wiem. Ale Baby ma to we krwi.


Nigdy jakoś specjalnie nie przepadałam za Anselem Elgortem. Najpierw pojawił się w Niezgodnej i grał postać, której nie darzyłam sympatią i która przy okazji była po prostu słabo napisana. Później w Gwiazd naszych wina był po prostu świetnym Augustusem, wykonał swoją robotę, ale bez większego szału. Nie zapałałam do niego miłością jako do aktora. Ale dopiero tutaj w Baby driver pokazuje, na co go tak naprawdę stać.

niedziela, 18 czerwca 2017

Jednoseansówki czyli przegląd filmowy. "Baywatch. Słoneczny patrol" oraz "Piraci z Karaibów. Zemsta Salazara"

Bo przecież nie samymi książkami człowiek żyje?


W ostatni weekend miałam przyjemność dwa razy udać się do kina na wyczekiwane przeze mnie premiery; najnowsza część Piratów z Karaibów a także Baywatch, czyli niby zwykła komedia. Sądzę, że oba tytuły są warte uwagi, chociaż pochodzą z zupełnie innego gatunku. Ale co najważniejsze, w każdym gra jeden z moich ulubionych aktorów.

niedziela, 20 listopada 2016

Film| Historia pana Doktora Strange'a

Kolejna odsłona marvelowskiego bohatera.

Znalezione obrazy dla zapytania doctor strange movie photos

Gdy pierwszy raz usłyszałam informację o tym filmie, puściłam ją mimo uszu. Gdy kolejny raz się na nią natknęłam, trochę bardziej się zainteresowałam. A gdy dowiedziałam się, że główną rolę gra Benedict Cumberbatch, to uznałam, że Sherlock Holmes pomylił adresy. Później oglądnęłam zwiastun i moją reakcję można by było podsumować jednym słowem – meh. Ale film nie dawał mi spokoju. Po pierwsze, Marvel, po drugie, Benedict. W końcu się wybrałam i to z dużym rozmachem, bo na seans 4DX.

Pierwsze co należy wiedzieć przed oglądnięciem Doktora; to jest film Marvela. I nie zaznaczam tu tego dlatego, że osoby nieznające uniwersum nie będą w stanie się odnaleźć w fabule, nie, nie. Taki laik jak ja, gdzie nigdy z komiksem nie miałam do czynienia spokojnie sobie da radę. Chociaż może ja już nie do końca wpasowuję się w kategorię osoby nieogarniającej tematu. Widziałam Thora, jakieś tam urywki Iron Mana i Avengers. Ten fakt zdecydowanie mi pomógł w niektórych fragmentach, ale było ich i tak stosunkowo mało. To, do czego zmierzam. Jeśli nie wybraliście się do tej pory na Doktora Strange’a z powodu braku znajomości uniwersum, nie macie już usprawiedliwienia. Nie jest to niezbędne, aby cieszyć się seansem. Tym bardziej, że postać Doktora jest nowym tworem wytwórni i jego postać jest dopiero budowana, więc wszystko jest po kolei wyjaśnianie. A więc nic nie stoi na przeszkodzie!

 

Ale wracając do tematu. Wyraźnie zaznaczając, że jest to film Marvela, mam na myśli, że jest on typowo marvelowski. A znaczy to to samo co najprostszą fabułę bez żadnych nagłych zawirowań, jednowątkowość akcji i ocean efektów specjalnych. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że 97% filmu to są efekty specjalne. Ale za to jakie! Grafika i obróbka to jest cudo. Oddaję ukłon dla twórców, którzy to wszystko stworzyli. Efekty są bardzo dobrze wykonane, są rozbudowane i występują w każdej scenie, stanowią główny motyw filmu, a może i nawet powód, aby zobaczyć je na dużym ekranie. Wielkie uznanie dla grafików i dla osoby, która to wszystko wymyśliła.

A więc o czym jest film? O Doktorze Strange’u. Haha. Nie będę wam zdradzać fabuły, bo jest jej tam tak niewiele, że każda informacja mogłaby zostać uznana za spoiler. Najlepszy efekt zaskoczenia dałoby pójście do kina z żadną wiedzą na ten temat, tak jak zrobiłam to ja. Bo samodzielne poznawanie historii Strange’a zapewnia o wiele więcej przyjemności. A mówię tu tylko o pierwszej pół godzinie filmu.

Wybierając się na seans musimy być przygotowani na dużą ilość bijatyk i zawirowań na ekranie. Twórcy wykreowali bardzo dużo alternatywnych rzeczywistości, oddzielne krainy, światy, lustrzane odbicia, rozszczepy czasu i manipulowanie miejscem akcji jak zapałkami. Dosłownie. Tam sobie połamali, tam poprzekręcali, a tam obrócili do góry nogami. Jeśli nie wiecie, o czym mówię, nie dziwię się.  Ale po obejrzeniu filmy wszystko się rozjaśni.

 

A poruszanie tematu walk jest idealne na wspomnienie kina 4DX. Dla niewtajemniczonych, jest to rodzaj kina, gdzie fotele się ruszają. Z siedzeń przed nami psika na nas woda, w sali puszczane są specjalne zapachy, światło mruga a nami targa i szarpie według tego, co dzieje się na ekranie. A, no i projekcja jest w 3D. Czyli reasumując, przy każdej bijatyce, a było ich baaaaaaardzo duuuuużo widz lata i obija się o fotel jak szalony. A przy scenie wypadku samochodowego… No cóż. Ja czułam się tak, jakbym rzeczywiście siedziała w tym aucie. Odradzam picie w takiej sytuacji. Po wyjściu z sali czułam się jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł. Dopiero następnego dnia ustało takie dziwne uczucie bujania w głowie. Ale jeśli chodzi o ten konkretny film, warto, warto i jeszcze raz warto zobaczyć go w 3D, a nawet więcej, zaryzykować kino 4DX. Nie wyobrażam sobie siedzenia w sztywnym fotelu na normalnym seansie bez efektu trójwymiarowego. Dopiero to połączenie nadaje filmowi wydźwięk, o jaki chodziło twórcom.

Podsumowując, fabuła Doktora Strange’a niczym nie zaskakuje. Pięcioletnie dziecko mogłoby wymyślić coś bardziej ambitnego. Ale w tym wypadku chodzi o to, aby tak poprowadzić akcję, żeby można było wykazać się w użyciu wszystkich możliwych efektów specjalnych. Bo ten film to przede wszystkim są efekty, które momentami były naprawdę spektakularne. Jakby powstawały w głowie autora będącego na niezłym haju.


Wiedziałam, że fabularnie wyjdzie słabo, więc nie miałam wielkich oczekiwań. Podejrzewałam, że znajdzie się tu dużo efektów specjalnych, ale ich jakość oraz skala przerosła moje oczekiwania. A w całym filmie znalazłam tylko jedną wadę. Aktorzy. Albo raczej ich brak. W pewnym momencie bohaterowie muszą walczyć z dużym zagrożeniem. Jest to kwestia być albo nie być dla Ziemi i całej ludzkości zamieszkującej naszą planetę. Po stronie dobra staje Doktor Strange ze swoim nowym kumplem oraz, uwaga, z bibliotekarzem. Walczą oni przeciwko złym, których szeregi także składają się z trzech osób. Przynajmniej wyszło sprawiedliwie, że żadna grupa nie ma przewagi. Ale ten fragment nijak mi się nie chciał poskładać w logiczną całość. Ziemia jest zagrożona więc jej obrońcy muszą spełnić swoje zadanie i stanąć do walki. I nagle się okazuje, że jest ich tylko trzech? Tak samo ci źli. Próbują zdobyć planetę we trójkę? Jedynym logicznym wyjaśnieniem tej sytuacji jest fakt, że zatrudniając do głównej roli Cumberbatcha oraz przez zrobienie tylu efektów, nie starczyło budżetu do obsadzenia innych ról.

Jeszcze jest jedna ważna rzecz, którą warto wiedzieć przed udaniem się do kina. Na filmach Marvela nigdy nie wychodzi się przed napisami. NIGDY. Zawsze są ukryte sceny, czasem jedna, czasem dwie, tak jak w tym wypadku. I nie przejmujcie się, że będziecie ostatnimi osobami na sali i że reszta widzów już dawno wyszła. Nie popełniajcie ich błędów i zostańcie do samego końca, bo warto.

Doktor Strange jest jednym z tych filmów, na które warto się wybrać do kina i zobaczyć je na dużym ekranie. To produkcja idealna dla fanów szybkiej akcji, bijatyk, pościgów i miłośników dobrze zrealizowanych efektów specjalnych. Znajdziemy tu też sporą dawkę humoru typowego dla filmów Marvela. Niezbyt inteligentnego, ale wywołującego salwy śmiechu na sali. Doktor Strange jest zdecydowanie warty uwagi i nie bez podstaw zrobiono mu tak dużą reklamę. I ta czerwona peleryna! Warto, warto i jeszcze raz warto.

Znalezione obrazy dla zapytania doctor strange

A wy, widzieliście już, zamierzacie się wybrać czy to nie wasze klimaty? Chętnie poznam wasze opinie na temat filmu, czy jesteście tak samo zachwyceni jak ja, czy mijamy się w naszych osądach. Piszcie w komentarzach, co myślicie.





Znajdziesz mnie również tutaj: 
 Facebook: https://www.facebook.com/toreadornottoreadworld/ 
Instagram: https://www.instagram.com/thethirteenthbook/ 
Goodreads: https://www.goodreads.com/ewuniunia 
Snapchat: @ewuniunia

sobota, 17 września 2016

Film| Are you a Watcher or a Player? - NERVE - reż. Henry Joost, Ariel Shulman

Nie oszukujmy się, nie poszłabym na ten film do kina gdyby nie Dave Franco…

Znalezione obrazy dla zapytania nerve movie

Wiadomość o powstaniu filmu Nerve dotarła do mnie już jakiś czas temu. Zaintrygował mnie pomysł na fabułę i zaciekawiło wykonanie, jednak nie na tyle, aby wyczekiwać premiery. Moje nastawienie zmieniła recenzja Marthy Oakiss z bloga i kanału Secret Books, która bardzo dobrze wypowiadała się o tym tytule. No i oczywiście fakt, że Dave Franco gra tam główną rolę, miał dość duże znaczenie. Nerve powstał na postawie książki, która za granicą zbiera niepochlebne opinie. I z tego powodu bez wyrzutów sumienia, że przed lekturą oglądnę ekranizację, udałam się do kina.

Co to w ogóle jest Nerve?

Nerve jest aplikacją na telefony, coś jak „prawda czy wyzwanie”, ale bez prawdy. Osoba, która się rejestruje, może wybrać: albo zostać obserwatorem, który płaci, by oglądać, albo graczem, który gra, by wygrać. Na początku zadania są proste, ale wraz ze wzrostem popularności uczestnika, robią się trudniejsze, ale tym samym wzrasta ilość pieniędzy do zgarnięcia. Aplikacja analizuje wszystkie portale społecznościowe takie jak Facebook czy Instagram i wie dosłownie wszystko, zna każdą słabość, adres czy nawet dane bankowe.
Pomysł na aplikację jest dobry. Ja, jako osoba jeszcze przed oglądnięciem filmu myślałam, że takie coś mogłoby zaistnieć w normalnym świecie. Mógłby to być bodziec, aby nieśmiała osoba przełamała swój strach przed kontaktami z ludźmi i poznała nowe osoby. Wyszłaby ze swojej strefy komfortu i przy okazji zarobiła pieniądze. Zmieniłam jednak zdanie w trakcie oglądania. Zdecydowanie nie chcę, aby ta aplikacja miała prawo bytu w sklepie Play.

Nie ma co się wdawać w szczegóły głównych bohaterów, bo w tym wypadku bardzo dobry jest element zaskoczenia i niewiedza w kwestii tego, czego mamy się spodziewać po fabule. Warto wspomnieć jednak o dynamice filmu. Spotkałam się z określeniem, że Nerve to thriller dla młodzieży. Coś w tym jest, ale nie do końca. Bardziej pasowałby mi tu gatunek filmu przygodowego, ale to też nie odzwierciedla w stu procentach tego, z czym mamy do czynienia.

Znalezione obrazy dla zapytania nerve movie stills

Sam początek jest dość wolny, ale treściwy. W odstępie kilku minut dostajemy ogólny zarys postaci głównej bohaterki, pasji, pragnień i ludzi, którymi się otacza. Te pierwsze kadry stanowią dobry wstęp do całej historii, która później znacząco przyspiesza i nabiera tempa. Więcej dowiadujemy się o tytułowej aplikacji, widzimy, co robi z ludźmi i jak na nich wpływa. Poprzez ciąg idealnie powiązanych ze sobą wydarzeń jesteśmy świadkami wielkiej przemiany wśród głównych bohaterów. Prawdy, które zaczynają rozumieć, dają wiele do myślenia i można wiele z nich wynieść dla siebie.

Na osobny akapit zasługuje sposób kręcenia filmu. Oprócz kadrów nagrywanych za pomocą standardowego sprzętu filmowego, twórcy postawili na nietypowy sposób przedstawienia treści. Część filmu zaprezentowana jest z perspektywy sprzętów takich jak telefon czy komputer. Widz patrzy na wydarzenia jakby z wnętrza komputera, widzi na wskroś wszystkie otwarte okna przeglądarki. Niektóre kadry przypominają obraz z kamerki internetowej czy filmiki nakręcone za pomocą telefonu, a niekiedy i fragmenty kręcone trzęsącą się ręką bohatera.

Aktorzy zostali dobrani do swoich ról bardzo dobrze. Dave Franco idealnie pasuje do swojego bohatera, ale w końcu to Dave Franco, on zawsze gra dobrze. Aktorka wcielająca się w zołzowatą Sydney też idealnie ją zobrazowała. Przemianę swojej postaci ujęła nie tylko za pomocą słów ze scenariusza, ale i drobnych gestów świadczących o charakterze. Moja jedyna uwaga dotyczy Emmy Roberts. Powierzono jej główną rolę dziewczyny, która przechodzi największą metamorfozę. I jak na początku Roberts pasowała świetnie do cichej i nieśmiałej nastolatki, która boi się zagadać do chłopaka, który jej się podoba, to później diametralnie odbiegła swoją grą od zmienionej Vee.



I tu napotykam pierwszą wadę Nerve. Otóż dynamiczność, która wcześniej była plusem, w późniejszym czasie zaczęła się trochę nie trzymać kupy. Cały film rozgrywa się w przeciągu jednego dnia, a kluczowe wydarzenia mają miejsce tej samej nocy. Czyli wyjaśniając, rano Vee jest zamknięta w sobie i nieśmiała. Potem rejestruje się w Nerve. Wychodzi na miasto, aby rozpocząć wykonywanie zadań i tym samym zapoczątkowuje w sobie przemianę, która dopełnia się w przeciągu kilku godzin. Po głównym wątku kulminacyjnym Vee jest zupełnie inną osobą, zdolną nagle przemawiać do tłumu i inspirować ludzi, zachęcać do działania według jej przekonań. Trochę naciągane, a co lepsze, to jedyny aspekt filmu, który wydawał mi się mało realny. Sama aplikacja i to, jak bardzo wpływa na nastolatków z Manhattanu było do bólu rzeczywista.

Do kina poszłam nawet nie oglądając wcześniej zwiastuna. Nie byłam w żaden sposób nastawiona na to, co chcę zobaczyć, bo też nie miałam żadnych oczekiwań. I z tego powodu film wywarł na mnie ogromne wrażenie. Obecna cały czas akcja, świetna ścieżka dźwiękowa i bohaterowie sprawili, że ani razu nie pomyślałam o tym, aby spojrzeć na zegarek i sprawdzić godzinę.


Nerve może nie jest filmem z górnej półki, ale to świetny sposób na spędzenie wolnego czasu, bo film jest warty uwagi. Potrafi zaskoczyć, wprawić w zdumienie i frustrację. To produkcja z tych, po których w oszołomieniu wychodzi się z kina i które chce się oglądnąć ponownie zaraz po powrocie do domu z seansu. 

Znalezione obrazy dla zapytania nerve movie





Znajdziesz mnie również tutaj: 
Facebook: https://www.facebook.com/toreadornottoreadworld/ 
Instagram: https://www.instagram.com/thethirteenthbook/ 
Goodreads: https://www.goodreads.com/ewuniunia 
Snapchat: @ewuniunia

środa, 10 sierpnia 2016

Film| Suicide squad - Legion samobójców





Jeszcze nigdy nie pisałam recenzji filmu… Ale nic nie mogłoby być lepsze na ten pierwszy raz, niż wywołująca wiele emocji nowa produkcja Davida Ayera.

Zacznę od tego, że… nie chciałam iść na Legion samobójców. Nie miałam w planach oglądania tego z jednego powodu. Gdy pierwszy raz usłyszałam od przyjaciółki propozycję, aby pójść na ten film, nie słyszałam o nim nic. Żeby wiedzieć, w co się pakuję, oglądnęłam zwiastun. I już wiedziałam, że się miniemy i nie przypadniemy sobie do gustu. Nie udało mi się jednak wymigać w 100%, bo w końcu wylądowałam na seansie w kinie. A dostanie się na jeden z nich to także był spory wyczyn. Pierwszy weekend po premierze i sale kinowe pękały w szwach. Gdy chciałam zarezerwować pół dnia wcześniej bilety, musiałam kilka razy zmieniać godzinę oraz kino, bo jedyne miejsca, jakie były dostępne, to te w dolnych rzędach pod ekranem. A gdy już stałam w sporej kolejce osób do kasy, wszystkie osoby przede mną szły właśnie na ten film.

O czym jest Suicide Squad? W wielkim skrócie. Rząd USA stara się zabezpieczyć na wypadek wojny czy ataków terroryzmu. Rodzi się pomysł, aby do obrony kraju przysłużyli się metaludzie, czyli jednostki z nadnaturalnymi zdolnościami. I w taki sposób powołani zostają najwięksi bandyci, wszyscy odsiadujący kary w więzieniu, niekiedy nawet potrójne dożywocia. W tej grupce wybrańców znaleźli się bohaterowie innych komiksów z uniwersum DC tacy jak Deadshot, Harley Quinn, Killer Croc czy Diablo. Żartobliwie sami nazywają się Legionem samobójców, bo albo zginą nie wykonując poleceń, albo będą musieli ryzykować swoje życie w walce. Ponad to zobaczyć możemy też Jokera, Batmana czy Flasha.


Wszystko w tym filmie błaga o pomstę do nieba. Począwszy od fabuły, a kończąc na fatalnym doborze aktorów do poszczególnych roli. Will Smith w roli Deadshota był tak niewłaściwy jak pierogi z truskawkami na wigilię. W każdej scenie miałam wrażenie, że scenarzyści próbowali z niego zrobić ojca dyrektora, który odpowiada za całą paczkę. Gdy kierowano pytania do całej grupy, to Deadshot za nich odpowiadał i podejmował decyzje, i było go wręcz za dużo. Kreacja Diablo także kulała. Nie da się zrobić dobrej postaci samą charakteryzacją, potrzeba jeszcze trochę gry aktorskiej. Gdy patrzyłam na tego bohatera ze swojego miejsca, wyglądał jak dres spod trzepaka, który pod kapslem od piwa wygrał bon na władanie ogniem, a w więzieniu jedyną rzeczą, jaką operował, była igła do tatuażu. Gdy po kolei przedstawiano kolejnych członków Legionu samobójców, pojawił się także Boomerang i jego fetysz różowych jednorożców. Gdyby na tym uciąć tę wzmiankę, stanowiłaby ona ciekawy dodatek. Ewentualnie charakteryzatorzy mogliby dodać do jego ubioru przypinkę z jednorożcem, albo naszywkę, albo cokolwiek innego niż to, co zrobili. Wokół trwa bitwa, a Boomerang podnosi z ziemi pluszaki i chowa je za poły kurtki. I tak kilka razy. Jest jeszcze Viola Davis, którą kojarzyć możemy ze Służących albo z serialu How to get away with murder. I nie mam pojęcia, jak mogła ona trafić do takiej produkcji jak Suicide squad

Na osobny akapit zasługują dwie role, które wywołały we mnie najwięcej emocji. Gra aktorska Margot Robbie jest fenomenalna. Sposób, w jaki grała Harley Quinn, zakochaną bez pamięci w Jokerze dziewczynę balansującą na granicy szaleństwa i obłędu, jest niezwykły. Szkoda tylko, że scenarzyści niepotrzebnie włożyli w jej usta te słowa, które włożyli. Harley w wielu momentach odzywała się niepotrzebnie i tak głupio, że aż mnie uszy bolały. Ale sceny z udziałem jej oraz Jokera, należą do najlepszych z całego filmu. Rola Jokera też nie może obejść się bez echa. Zagrał go Jared Leto, i gdy szłam do kina, wiedziałam, że gra on jedną z głównych ról, ale nie wiedziałam którą. Przez cały czas szukałam go na ekranie, ale poległam. Dopiero po seansie to sprawdziłam i oczom nie mogłam uwierzyć. Charakteryzatorzy odwalili kawał dobrej roboty przekształcając sławnego piosenkarza w psychicznego Jokera. Sam Leto także wykonał świetną pracę, pokazując szaleństwo, desperację i oddanie swojej postaci.

Osobną historią jest rola Cary Delevinge. Po co ona się pcha do filmów? Już miała szczęście, że trafiła do modelingu, ale sukces, który osiągnęła, chyba wygrała na loterii. Nie widzę powodu, żeby jeszcze oglądać ją na dużym ekranie gdzie, bądźmy szczerzy, jest beznadziejną aktorką. Ona nawet nie próbuje. Gdy patrzyłam na postać, którą grała, widziałam Carę. To nie była kreacja June Moone, archeologa, ale modelki, która pomyliła studia i trafiła na plan filmowy. Po roli Delevinge w Papierowych miastach ewidentnie było widać, że nie powinna ona się brać za aktorstwo. Ale sama zainteresowana tego nie zobaczyła, więc szykuje się nam więcej filmów, w których będzie grać jak drewno.

Kolejną negatywną rzeczą, o której bym chciała wspomnieć, jest sama idea filmu i pomysł na jego realizację: fabuła, albo raczej jej brak. Sam projekt legionu jest ciekawy i dość nietypowy. Nie spotykam się często z tym, że bandyci mają chronić cały kraj, szczególnie, że większość z nich nie można kontrolować. Później wykonanie całego zamysłu wyszło trochę gorzej. Scenarzyści potraktowali sprawę po łepkach, ominęli wiele wątków, które można było spokojnie rozwinąć, a większość bohaterów potraktowali na skróty. Początek, który jest bardzo ważny dla takich laików jak ja w kwestii komiksów DC, gdzie poznajemy wszystkich ważnych bohaterów, gdzie jest nam wyjaśniane kim oni są, w niektórych przypadkach jest zbyt rozwleczony, a w innych za krótki. Później, gdy w teorii akcja ma się rozwijać, to nie następuje. Wieje nudą, nudą, i jeszcze raz nudą. A żeby było lepiej, o kluczowym wydarzeniu, który ma wpływ na zakończenie, dowiadujemy się w dwóch słowach i to jeszcze w rozmowie telefonicznej. A sama konkluzja i moment, w którym główni bohaterowie dochodzą do tego, jaki jest główny cel legionu, jest tak głupio zrobiony, że ręce opadają. Sporo czasu zajęło im zorientowanie się w sytuacji, którą dosłownie mieli podaną na tacy.

I ostatnią zatrutą wisienką na torcie, jest promocja. Sam tytuł filmu brzmi mrocznie, intrygująco i zachęca do oglądnięcia. W zwiastunie zawarto natomiast same najnudniejsze momenty. O plakacie i ulotkach już nawet nie wspomnę. Próbowano sprzedać film jako co? Jako produkt dla emo i dla nastolatków? Dla punków? Wszędzie są przerysowane kreskówkowe elementy, a dobór kolorystyczny, który nie ma ładu i składu, prawie jak na festiwalu kolorów. Z czegoś, co z powodzeniem uszłoby za mroczny i klimatyczny film, przy pomocy marketingu zrobiono na kolorowe i wesołe filmidło w stylu Mean girls. Taki sam zabieg zastosowano przy Akademii wampirów, a wszyscy wiemy, jaką porażką to się okazało.

Żeby nie skupić się na samych negatywnych aspektach, udało mi się znaleźć trochę pozytywów. Postać Killer Croca jest świetna! Sam aktor miał bardzo trudne zadanie, bo charakteryzacja jego bohatera utrudniała mu pracę. Nie mógł grać twarzą i gestami, musiał zaufać scenarzystom i tak przedstawić tę rolę, aby widza urzec swoim sposobem bycia i czynami. Mnie kupił w zupełności.

Drugą rzeczą, która mi się podobała, było niesztampowe zakończenie. Ciąg wydarzeń przyczynowo skutkowych prowadził do tylko jednego możliwego rozwiązania, więc się bardzo zdziwiłam, gdy okazało się, że scenarzyści nie poszli w uklepane i sprawdzone schematy, tylko zdecydowali się na coś innego. I tu właśnie nastąpił moment, gdzie wbrew sobie się wzruszyłam i ostatnie sceny z Deadshotem oglądałam ze łzami w oczach.


Pozytywy jednak są w mniejszości i nie przeważają nad negatywnymi aspektami Legionu samobójców. Przez te słabe rzeczy pójście do kina na ten film to strata czasu, a przede wszystkim pieniędzy. W przypadku, gdy bilet kosztuje 27 złotych, to już lepiej iść za tę kwotę na pizzę i spędzić miło czas w gronie znajomych, a nie w towarzystwie wątłej jakości fabuły i słabej gry aktorskiej. Jedynym plusem jest to, że w promocji Cinema City wygrałam voucher 1+1, który mogę wykorzystać na coś lepszego, niż Suicide squad. Myślę, że zdaniem, które podsumuje całą recenzję, będzie stwierdzenie, że to jest jedna z tych produkcji, w których producenci myśleli, że jak dadzą dużo efektów specjalnych, to widz nie zauważy, że nie ma fabuły.





Znajdziesz mnie również tutaj: 
Facebook: https://www.facebook.com/toreadornottoreadworld/ 
Instagram: https://www.instagram.com/thethirteenthbook/ 
Goodreads: https://www.goodreads.com/ewuniunia 
Snapchat: @ewuniunia