środa, 27 maja 2015

Recenzja| Kłamca - Jakub Ćwiek

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Jakuba Ćwieka nastąpiło przy lekturze Chłopców. Obecnie jestem po dwóch częściach i przed zabraniem się za trzecią, postanowiłam przeczytać debiutancką powieść tego autora, pierwszą z serii pod tytułem Kłamca. W porównaniu do Chłopców, ta książka jest taka grzeczna! Zero przekleństw, zero gorszenia i prawie w ogóle nie uświadczymy scen miłosnych. Za to akcja pędzi dość szybko i przyprawiona jest dobrą dawką humoru i dowcipu.

Anioły to grzeczne, uczynne i dobre stworzenia z białymi skrzydłami oraz aureolą. Pozostają na usługach u Boga, wykonują wszystkie jego polecenia, kochają Go jak ojca i niosą dobro światu. Każdy z nas ma własnego anioła stróża, który strzeże nas w najtrudniejszych chwilach. Czy rzeczywiście? Nie! Jakub Ćwiek stworzył zupełnie inny wizerunek aniołów.

Bóg odszedł. Zostawił Ziemię samą sobie, anioły nie wiedzą, co mają robić. Próbują wykonywać swoje zadania jak najlepiej, ale czasem ograniczają ich zakazy Pana.


Loki, bóg kłamstwa i patron oszustw ocalał ze zniszczonej Valhalli. Nie miał zamiaru ginąć w jej obronie, toteż jej upadek był mu bardzo na rękę. Zatrudnia się u aniołów i wykonuje całą czarną robotę. Święci nie mogą sobie brudzić rąk niektórymi rzeczami, wołają wtedy Lokiego, by ten zajął się wszystkim. Kłamca zostaje ich chłopcem na posyłki. Zadania trudne wykonuje od ręki, a te wymagające więcej zachodu, wykonuje jeszcze szybciej. Jego zapłatą są anielskie pióra, za które Loki może się targować bardzo długo.

Jakub Ćwiek w swojej książce bardzo często nawiązuje do różnych kultur. Znajdziemy tu postacie z mitologii nordyckiej, takie jak Odyna i Thora (znanych nam obecnie z komiksów Marvela). Trafimy też na aluzje do twórczości mistrza horrorów, Stephena Kinga, czy popularnych filmów o egzorcyzmach. Dowiemy się, skąd twórcy mieli na nie pomysł, bo były to historie oparte na faktach, w których Loki maczał swoje palce.

Książkę czyta się bardzo lekko i szybko. Uświadczymy tu też archanioła Gabriela w niecodziennej roli, walecznego Michała i wiecznie milczącego Rafaela. Wszystkie sceny z ich udziałem zapadną w pamięć i przywołają uśmiech na usta. W religii chrześcijańskiej inaczej mówi się o tak ważnych postaciach. Ćwiek postanowił sobie z nich zażartować, ale ze smakiem i wyczuciem.

Mimo że autor przedstawił Lokiego na swój własny sposób, to i tak jedynym i słusznym Kłamcą jest idealny to odgrywania tego bohatera Tom Hiddleston. Czytając książkę, nie mogłam wyobrazić sobie innego Lokiego. Cały czas widziałam twarz Toma.


Kłamca to zbiór opowiadań. Nie są one ze sobą powiązane w żaden sposób. Możemy dojść nawet do skrajności, że jedno dzieje się na Śląsku, a w kolejnym przenosimy się na drugą stronę kuli ziemskiej do Ameryki Północnej i tam śledzimy kolejne intrygi głównego bohatera.

Opowiadanie pod tytułem Samobójca, to zaledwie kilkustronowa historia pewnego człowieka. Przedstawia ona bardzo dobrze całą sytuację, w jakiej znajdują się anioły. Mężczyzna chce się zabić, ale gdy sam się zabije, popełni grzech ciężki i trafi do piekła. Nie jest to na rękę ani jemu, ani aniołom. Wysyłają więc Lokiego, aby zakończył żywot nieszczęśliwca. Takim sposobem niedoszły samobójca trafi do Nieba, a święci nie ubrudzą sobie rąk. A Loki? Loki to Loki. Dostanie swoją zapłatę.

Poczujemy także poniewczasie ducha świąt Bożego Narodzenia w opowiadaniu Cicha noc. Zostało ono nominowane do nagrody imienia Janusza A. Zajdla. I w końcu rozumiem cały szum wokół tego! Jest to chyba najbardziej wzruszająca historia w tej książce. Autor pokazał nam inną stronę kłamliwego Lokiego, co jeszcze bardziej potęguje nasze rozrzewnienie. Każdy w końcu ma serce, nawet ktoś taki jak Kłamca.

Polecam tę książkę bardzo serdecznie każdemu fanowi fantastyki. Jakub Ćwiek udowadnia, że polska twórczość wcale nie jest gorsza od tej zagranicznej. Po prostu trzeba ją lepiej wypromować. A jest jeszcze lepsza od amerykańskiej, bo Polacy mogą czuć się dumni mając takiego pisarza jako swojego rodaka. Kłamca to zdecydowanie udany debiut literacki. Żałuję tylko, że trafiłam na niego tak późno. Pozostaje mi jakoś zdobyć drugi tom. Dajcie znać, czy macie ochotę przeczytać moją recenzję kolejnej części. Będę wtedy wiedzieć, na co mam zwrócić uwagę przy wychwalaniu i przedstawianiu zalet, bądź przy wytykaniu ewentualnych wad.



Wyzwania:


Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: +1,7 cm
Fantazyjny alfabet stronicowy: litera K
Klucznik: "coś białego", "debiut"
Okładkowe love



Chcesz być na bieżąco?


Polub FP na Facebooku --------> https://www.facebook.com/toreadornottoreadworld?fref=ts


Zaobserwuj witrynę na blogspocie ------> http://books-may-well-be.blogspot.com/

piątek, 22 maja 2015

Recenzja| Władca piasków - Eliza Drogosz

Debiut opublikowany przez autorkę Polkę w wieku siedemnastu lat? Eliza Drogosz jest doskonałym przykładem, że nie ma się z czym spieszyć, a wydawanie książki na własną rękę tylko z małą pomocą wydawnictwa nie jest najlepszym pomysłem.


Znalezione obrazy dla zapytania władca piasków

Mam w zwyczaju chodzić do biblioteki falami. Jest okres, że moja stopa nie postanie tam przez kilka miesięcy, ale jak już podejmuję decyzję, by ją odwiedzić, od razu biorę tyle książek, na ile pozwala mi limit. Później, gdy je oddaję, pożyczam nowe i tak w kółko. Przy jednej takiej wizycie w moje ręce wpadła debiutancka powieść Elizy Drogosz pod tytułem Władca piasków. Wzięłam ją ze względu na jej status oznaczony jako nowy i intrygujący tytuł. Dopiero w domu przeczytałam opis z tyłu okładki i trochę się zmartwiłam. Z jakiegoś bliżej nieznanego mi powodu byłam przekonana, że mam do czynienia z burzliwym nastoletnim romansem na tle gorącej pustyni Egiptu. Ale jak to zwykle ze mną bywa, żadne z moich pierwszych wyobrażeń nie było trafne, a w książce nie znajdziemy ani grama wątku miłosnego. Od dawna szukałam takiej historii, której nikt nie urozmaici niepotrzebnym romansem. To bardzo miła odmiana w końcu ją znaleźć. Tylko, że ta akurat do najlepszych nie należy.

Jest to historia o polskiej nastolatce, Soni, która wyjeżdża na międzynarodowy obóz do Egiptu. Tam poznaje różne kultury obozowiczów. Zaprzyjaźnia się z dziewczyną o imieniu Estera, a na jej drodze staje także tajemniczy i budzący grozę chłopak, Oliver. Wkrótce Sonia zostaje wplątana w pradawne tajemnice egipskich bóstw i intrygi. Nie wie, komu ma ufać a kto jest jej śmiertelnym wrogiem.

Fabuła całej książki jest dość skomplikowana i zagmatwana. Na pytanie o czym jest, nie wiem, czy byłabym w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi, takiej w jednym czy dwóch zdaniach, by uciąć temat i nie wdawać się w szczegóły bez spojlerowania.


Książce mam bardzo dużo do zarzucenia, ale nie będę wymieniać jej wszystkich minusów, bo mogłoby nam braknąć dnia, a mnie znaków do wykorzystania w notce, jeśli to możliwe. Skupię się więc na rzeczach, które najbardziej zwróciły moją uwagę i tym samym powodowały największą irytację.

Największą wadą całej powieści jest brak umiejętności gospodarowania treścią w stosunku do objętości. Książka liczy sobie raptem czterysta stron, a sam wstęp i wprowadzenie czytelnika do świata przedstawionego zajmuje ponad trzy czwarte. Końcowe rozwiązanie jest krótkie i bardzo niesatysfakcjonujące, mogłabym nawet stwierdzić, że autorka je spaliła. Czemu? Skoro już zaserwowano tak rozbudowane wprowadzenie, to zakończenie powinno być równie obszerne. A mówiąc szczerze, to nie wiedziałam, w którym momencie miałam do czynienia z punktem kulminacyjnym. On z niczego nie wynika i jest zbyt gwałtowny przeskok od spokojnego opisywania tajemniczych zdarzeń do samego rozwiązania całej zagadki, której, tak przy okazji, wcale nie rozwiązano. Wnioskuję, że, o zgrozo, mają być kolejne części.

Druga bardzo irytująca i dająca mi się we znaki rzecz. Każda osoba, która coś tworzy, od początków szkolnych miała wpajane, żeby unikać powtarzania słów linijka w linijkę. Powtórzenia bardzo zaburzają całe brzmienie tekstu i zakłócają lekturę. Niechcący można się zapętlić. Eliza Drogosz chyba miała nocne koszmary związane z takimi błędami stylistycznymi i za wszelką cenę chciała uniknąć ich w swojej powieści, co wyszło jej wprost tragicznie. Jednym jest zastępowanie imienia głównej bohaterki wyrazami zastępczymi typu dziewczyna, blondynka czy nastolatka. Ale taki zabieg wprowadza konsternację, gdy narrator opisuje wydarzenia rozgrywające się z udziałem dwóch postaci i używa zamienników wyjętych z kapelusza. Przez całą powieść miałam problem z odróżnieniem bohaterów właśnie z uwagi na nieumiejętnie prowadzoną narrację.


Znalezione obrazy dla zapytania starożytny egipt

A teraz wada numer trzy, która jest tak idiotyczna, że aż nie wiem, czy to ja mam déjà vu czy inne rozdwojenie jaźni albo schizofrenie. W ostatnich rozdziałach mogę przysiąc, że narrator opisywał to samo zdarzenie dwa razy. Tak, jakby autorka napisała jedną scenę, poszła na spacer, wróciła, zrobiła obiad, poszła spać i zapomniała o poprzedniej sesji pisania. A gdy ponownie usiadła do komputera, olśniło ją, że można by stworzyć coś takiego. Szkoda tylko, że nie przewinęła do poprzednich stron i napisała dokładnie to samo, co już było, tylko innymi słowami.

Na sam koniec napomknę o irytujących imionach. Ja wiem, że to miał być przedstawiony obóz międzynarodowy, okej. Ale jeśli już się umieszcza polską bohaterkę w środku Egiptu wraz z postaciami z innych krajów, to powinno się zaznaczyć jej polskość w inny sposób, niż jedno zdanie wymruczane gdzieś na samym początku. Bo później czytelnik taki jak ja, kończąc książkę, trafia na obszerną scenę z udziałem prastarych egipskich bóstw na środku krakowskiego rynku, dziwiąc się, że główna bohaterka przez przypadek jest Polką. I sprowadziła do mojego ukochanego miasta zgraję nieśmiertelnego zła.

W Władcy piasków czasoprzestrzeń zostaje zachwiana i pogmatwana. Opisane wydarzenia czasem są totalnie bez sensu. Niektóre opisy skupiają się na tle, robiąc z niego główny wątek, choć powinno zostać to bardzo mocno okrojone, albo najlepiej zupełnie wycięte. Dodając do tego strasznie wolno myślących bohaterów, którzy przez całą książkę kluczą wokół jednego tematu  i nie potrafią go rozwiązać… Domyśliłam się prawdy już na samym początku, a Sonia nawet przy ostatnich stronach, gdzie już wszystko było jasne, nie była pewna, czy to rzeczywiście tak działa.

Książka spodoba się na pewno wszystkim, którzy lubią starożytność, w szczególności Egipt. Miłośnicy bogów i egipskich historii o bóstwach także znajdą tu coś dla siebie. Nie wiem, jak przytoczone opowieści są zgodne z tymi uczonymi przez humanistów, nie mniej jednak Władca piasków urozmaica czas i pozwala przy okazji poznać nowe kultury.

Fani serialu, który swego czasu leciał na Nickelodeonie, Tajemnice domu Anubisa, powinni odnaleźć się w tej powieści. Zagadek nie brakuje, do tego starożytne klątwy i boskie porachunki. Odstraszać może jednak fatalny styl pisania i brak dopracowania całości. Z tego powodu nie zachęcam nikogo do lektury, ale też jej nie odradzam. Książka miała bardzo duży potencjał i gdyby wprowadzono do niej poprawki w dużej ilości, byłaby całkiem niezłym czytadłem. Teraz jednak może tylko jednorazowo pojawić się u mnie w domu, bo po oddaniu jej do biblioteki, nie zmierzam tęsknić.



Wyzwania:

Czytam opasłe tomiska: +416 stron
Przeczytam tyle. ile mam wzrostu: +3,1 cm
Klucznik: "debiut"


Chcesz być na bieżąco?


Zaobserwuj witrynę na blogspocie ------> http://books-may-well-be.blogspot.com/

wtorek, 19 maja 2015

100 książek, które chcę przeczytać

Dzisiaj przychodzę do was z listą 100 książek, które chcę przeczytać. Podjęłam się tego wyzwania i skompletowałam swoje pozycje must read. Wybierając je, nie poszłam na łatwiznę. Uwzględniłam tylko po jednej części z serii liczącej wiele tomów. Przedstawienie całego cyklu zdecydowanie ułatwiłoby mi zadanie, a ja chciałam pokazać jak najwięcej książek. A więc, jeśli widzicie którąś kolejną część serii to znaczy, że w planach mam także pozostałe. Starałam się także umieścić tylko jedną powieść autora, nawet, jeśli w jego dorobku są same jednotomówki, a ja mam ochotę zapoznać się ze wszystkimi. 


Bez dalszego przedłużania, zapraszam do czytania, a raczej oglądania okładek.

jj1-vert


Jestem prawie pewna, że na początku roku 2016 ponownie skompletuję taką listę, z inną setką. Za to tą obecną będę na bieżąco aktualizować i wykreślać tytuły, które już przeczytałam. Zobaczymy, ile uda mi się zdążyć do końca roku. Trzymajcie kciuki!

A wy, czytaliście coś z mojej listy TBR? Jeśli tak, to piszcie swoje opinie w komentarzach. Bardzo pomogą mi w podejmowaniu decyzji co do kolejności lektur ;)

piątek, 15 maja 2015

Recenzja| Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury - Philip Pullman

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami trwała i do tej pory trwa walka czarnych charakterów z tymi dobrymi. Po stronie światła stoi Królewna Śnieżka, Śpiąca Królewna, Kopciuszek, księżniczki okolicznych zamków i upragnione dzieci, które kazały rodzicom długo na siebie czekać. W drugim narożniku znajdują się reprezentujące zło postacie takie jak Zła Królowa, wiedźmy, czarownice, macochy czy zachłanne przyrodnie siostry, oddane swoim matkom. Można by rzecz, że na ich czele mężnie prezentuje się podstępny Rumpelsztyk, jedyny w swoim rodzaju.

Baśnie. Któżby nie znał baśni? Te od Andersena czy braci Grimm stanowiły podstawę naszego dzieciństwa i do teraz chętnie się po nie sięga przy każdej okazji.

Philip Pullman postanowił odświeżyć czytelnikom tak znane i lubiane przez wszystkich historie spisane już kiedyś przez niemieckich braci. W swoim zbiorze ujął on pięćdziesiąt niezwykłych opowieści, niektóre są bardzo znane, inne dopiero się poznaje. Każdą z nich opatrzył wyczerpującym komentarzem traktującym o genezie czy funkcjonowaniu tej baśni w kulturze innych krajów. To zdecydowanie rozszerza pole rozumowania i pozwala zgłębić wszystkie utwory.


Teraz, gdy jestem już po wielu latach nauki w szkole, gdzie wpajano mi różne teksty mitologiczne czy te z epoki romantyzmu, czytając baśnie, dopatrzyłam się aspektów, na które w życiu nie zwróciłabym uwagi będąc dzieckiem. Na przykład motyw, który wielokrotnie przewija się w literaturze; ojcu podstępem zostaje podany do zjedzenia jego syn w postaci gulaszu czy pieczeni. Niczego nieświadomy rodzic konsumuje swoje dziecko i dopiero jakiś czas po fakcie orientuje się, jaką zbrodnie popełnił.

Często także pojawia się w ramach kary i zdemaskowania polecenie dla czarnego charakteru, aby wydał wyrok dla osoby, która popełniła dany czyn. Zło nie wierzy, by tak szybko zorientowało się, że to jej sprawką jest dana wina, więc wymierza bardzo surową karę samemu sobie.

W baśniach bez cenzury można znaleźć też absurdy, które nie do końca powinny znaleźć się w książce dla dzieci. Budzą one wiele pytań, na które rodzic nie tyle nie jest w stanie, ale po prostu jeszcze nie jest gotów odpowiedzieć.

Dwa wnioski, które nasuwają mi się po skończonej lekturze? Pierwszy, tak z 90% baśniowych małżeństw jest bezpłodnych. Bezgranicznie pragną mieć własne dziecko i cierpią z powodu jego braku. A gdy już w jakiś magiczny sposób udaje im się je zdobyć, zaraz po narodzinach oddają je bez walki bo „ktoś im tak powiedział”.


A drugi? Zabijanie złych postaci w beczkach to bardzo chodliwy motyw.

Jedną niezaprzeczalną zaletą zbioru Pullmana jest autentyczność. Pisarz nie przypisał sobie czyjegoś dzieła. Cały czas podkreśla, że to warsztat twórczy braci Grimm, ale z drugiej strony kładzie nacisk, na to, że niemieccy autorzy tylko spisali wszystkie opowieści, a nie je wymyślili. Historie zostały im opowiadane przez bliskich, przez sąsiadów, a niektóre nawet przez przypadkowych ludzi w przypadkowych miejscach.

Cała idea baśniowego świata zostaje zachowana do końca. Pullman niczego nie zmienia w fabule, jedynie poprawia zaistniałe błędy. Cały czas podkreślone jest, że rodzona matka to ta nieskalana i dobra kobieta, a to z macochy czyni się zły charakter. Jeśli były jakieś niejasności, Pullman na pewno zadbał, by obraz baśniowej oddanej matki był taki do samego końca.

Mimo długich i zagorzałych walk, w baśniach zawsze wiadomo, jaki będzie koniec starcia. To dobro zawsze stoi po zwycięskiej stronie, a ciemność przegrywa, przy okazji udzielając odbiorcy ważnej lekcji na temat właściwego postępowania. Bo przecież każdy zna baśnie. One od najmłodszych lat były obecne w życiu młodego czytelnika. To przy nich zaczynało się przygodę z czytaniem. Więc czemuby nie wrócić do nich mając już większe doświadczenie życiowe, będąc starszymi, dojrzalszymi osobami? Przeczytanie na nowo czegoś nam oczywistego i znanego pozwala odkryć drugie dno, a także znaleźć powiązania z innymi treściami. Wbrew pozorom powrót do literatury z dzieciństwa umożliwia rozwój intelektualny, a nie, tak jak niektórym mogłoby się wydawać, że lektura baśni „dla dzieci” może zaniżyć poziom czytelnika. Bo kto w ogóle powiedział, że baśnie są dla dzieci, hm?

Polecam tę książkę dosłownie każdemu, bez patrzenia na wiek, płeć czy stan portfela. To jest literatura, którą każdy ma prawo a wręcz i obowiązek znać. Czytając ją w tramwaju czy autobusie, nie można się narazić na dwuznaczne spojrzenia innych pasażerów. Podejrzewam, że większości zrobi się cieplej na sercu na widok znajomego tytułu i zakiełkuje w nich pomysł, aby baśnie przeczytać jeszcze raz. Niekoniecznie dziecku na dobranoc, ale dla samego siebie. W dzień. Publicznie. Przy wszystkich. Dumnie prezentując okładkę.


Wyzwania:


Czytam opasłe tomiska: +466 stron
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: +2,9 cm
Klucznik: "coś białego"
Okładkowe love


Chcesz być na bieżąco?


Polub FP na Facebooku --------> https://www.facebook.com/toreadornottoreadworld?fref=ts


Zaobserwuj witrynę na blogspocie ------> http://books-may-well-be.blogspot.com/

wtorek, 12 maja 2015

Recenzja| Więzień labiryntu - James Dashner

Więzień labiryntu, czyli pierwsza z trzech części wydanych w Polsce. Autorem serii jest James Dashner, człowiek, o którym usłyszałam dopiero, gdy swoją premierę miał film na podstawie książki. Po wejściu na jego Wikipedię okazało się, że nie jest autorem jednej powieści. W jego dorobku ukazało się ich znacznie więcej, ale cóż. Polska to zacofany kraj i niekoniecznie goni za wydawniczymi nowościami.

Więzień labiryntu to pozycja dla młodzieży, choć niektóre źródła kwalifikują ją do kategorii young adult. Jest do dystopijna wizja przyszłości. Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło to, że jest to kolejna książka opisująca pesymistycznie świat po wielkiej wojnie. Wszyscy zginęli, ale grupka nastolatków okazuje się być silniejsza (jak zwykle) od dorosłych i przeżywa. Według mnie nie mogłoby tam też zabraknąć wątku miłosnego rozbudowanego na trzy czwarte powieści. Uważałam, że Dashner chciał wykorzystać swoje pięć minut w dobie Niezgodnej oraz Igrzysk Śmierci.

Takie było moje nastawienie, więc dość sceptycznie podchodziłam to tej książki. Chciałam ją przeczytać od września zeszłego roku, ale dopiero niedawno zaopatrzyłam się w ebooka. I co? Otrzymałam coś, na co zupełnie nie byłam przygotowana!


Głównym bohaterem jest szesnastoletni Thomas. Pewnego dnia budzi się on w ciemniej windzie. Drzwi otwierają się, a jego oczom ukazuje się spora ilość nastolatków w różnym wieku. Niektórzy ledwo co skończyli lat jedenaście, inni zbliżają się do osiemnastki. Co miesiąc przybywała jedna osoba. Witają Thomasa w tak zwanej Strefie, w miejscu znajdującym się w samym środku strasznego labiryntu. Jest to jedyna większa i bezpieczna przestrzeń otoczona wielkimi murami.

Żaden ze Streferów nie wie, jak i dlaczego dostał się do labiryntu. Jedyną rzeczą, jaką pamiętają, są ich imiona. Podobnie jest z Thomasem. Brak wspomnień o poprzednich latach życia, o rodzicach i o sobie nie ułatwia mu zaklimatyzowania się w nowym miejscu. Slang, którym posługują się mieszkańcy, pozostawia wiele do myślenia. Zabieg, który został tutaj zastosowany przez Jamesa Dashnera najpierw denerwuje, ale później wywołuje zrozumienie i jeszcze bardziej pozwala wczuć się w sytuację głównego bohatera. Czytelnik jest zdezorientowany razem z nim. Nowi ludzie, nowy język. Trzeba się czasem bardzo natrudzić, by domyślić się, o czym mówią mieszkańcy. Ale przez to wiemy, jak czuł się Thomas. No bo kto wie, co znaczy klump czy twarzostan?


Labirynt otwiera się jedynie w dzień. Nie zdarzyło się jeszcze, by ktoś ze Streferów przeżył w nim noc. Chcąc szukać wyjścia, muszą umiejętnie rozplanować czas oraz pamiętać drogę powrotną. Gdy zapada zmrok, wyłaniają się potwory. Nikt nie chciałby stanąć z nimi twarzą w twarz, gdy jest ciemno.

Osoby, które badają właściwości labiryntu, nazywane są Zwiadowcami. Zaraz po przybyciu do Strefy, Thomas nie jest świadomy wszystkich obsadzanych funkcji. Skądś jednak wie, że chce zostać Zwiadowcą. Musi przejść odpowiednie szkolenia i zdobyć informacje, ale ta myśl została zasiana w jego mózgu i nie chce odejść.

Gdy wszystko wydaje się powoli wracać do normy, oczywiście nie z perspektywy Thomasa, do labiryntu trafia ktoś jeszcze. Tym razem jest to dziewczyna. Pierwsza i jedyna postać rodzaju żeńskiego w całej książce. Nie powinno jej być w Strefie. Nie upłynął miesiąc między przybyciem Thomasa a jej. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że dziewczyna wydaje się być znajoma dla naszego głównego bohatera. Ale skąd ma wiedzieć dlaczego, skoro ktoś zabrał mu pamięć? Sama Teresa nie wie. Przybyła przekazać wiadomość. Teraz wszystko ma się skończyć.


Streferzy coraz zapalczywiej poszukują wyjścia. Co się stanie, gdy im się nie uda? Zginą czy trafią w inne miejsce? Kto stworzył labirynt? Dlaczego ktoś miałby mieć tak sadystyczny pomysł, by kazać młodzieży błądzić między wysokimi ścianami w poszukiwaniu czegoś, o czym nie wiedzą? No i co jest poza labiryntem? Coś przecież być musi.

Autor bardzo delikatnie dozuje napięcie. Najpierw akcja dzieje się powoli, by z każdą kolejną stroną odrobinę przyspieszyć. Na ostatnich kartach biegnie już z zawrotną prędkością. Samo zakończenie zostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Gdyby nie ono, pewnie nie miałabym ochoty sięgnąć po drugą część. Jednak dzięki niemu, bardzo chętnie wrócę do Streferów i razem z nimi poznam odpowiedzi na wszystkie dręczące i ich, i mnie pytania. Próby ognia, czekam na was!

  

 

Wyzwania:


Czytam opasłe tomiska: +424 strony
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: +2,7 cm
Czytam zekranizowane powieści


Chcesz być na bieżąco?


Polub FP na Facebooku --------> https://www.facebook.com/toreadornottoreadworld?fref=ts


Zaobserwuj witrynę na blogspocie ------> http://books-may-well-be.blogspot.com/

piątek, 8 maja 2015

Recenzja| Dotyk Julii - Tahereh Mafi


Pamiętam, że w posiadanie tej książki weszłam bardzo dawno temu. Kupiłam ją jeszcze w starej wersji okładkowej, na co ubolewam, choć powinnam się cieszyć i nie narzekać, bo kosztowała mnie całe 9 złotych. I teraz jak zestawiam cenę z treścią to nie dziwię się, że ta powieść została wystawiona na promocji.

Opis z okładki wiele nie zdradza. Mówi nam, że tytułowa Julia posiada dar-przekleństwo. Jej dotyk zabija, przez co ci „źli” ludzie chcą wykorzystać ją jako broń. Zapowiada się ciekawie? Owszem. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie drobny szczegół. Moim zdaniem autorka zmarnowała potencjał całego pomysłu i wszystko spłaszczyła.

Bo wielu opiniach, które słyszałam na amerykańskich booktubach, znowu spodziewałam się fajerwerków. Całą serię zachwalano i polecano. Nie wiem, czy całość po prostu jest słaba, czy to tylko w moje gusta nie trafia. Albo ja mam zbyt duże wymagania i oczekuję zbyt wiele.

Lauren Kate także wyraziła swoje zdanie. Według niego, autorka Upadłych sama chciałaby pisać tak, jak Tahereh Mafi. Gdy to zobaczyłam, to nie byłam zbyt zdziwiona. Pierwsza i druga część Upadłych w miarę mi się podobały. Trzecia tak średnio, za to czwartej nie pamiętam praktycznie wcale. Jednak styl pisania był dość prosty i nie porywał. Serię czytało się łatwo i szybko, ale niekiedy miałam problem z ogarnięciem bohaterów. Początkowo myślałam, że główna bohaterka przyjaźni się z jedną postacią, po czym nie wiadomo kiedy już się z nią nie przyjaźniła a jej najlepszą przyjaciółką był ktoś zupełnie inny. Za to styl Dotyku Julii pozostawia jeszcze więcej do życzenia. W pewien sposób jest nietypowy, bo narratorką całej powieści jest tytułowa Julia. Dziewczyna, która od dziecka przez swoje zdolności, nie zaznała miłości od nikogo. Jej rodzice bali się tego, co potrafi ich córka. Nie okazywali jej uczuć i utwierdzili ją w przekonaniu, że jest przeklęta. Autorka próbowała uchwycić tok myślenia osoby odosobnionej przez kilka miesięcy i nie mającej kontaktu z innymi ludźmi. I słowo próbowała jest tutaj kluczowe.

Coś, co od wielu lat jest obecne w każdej powieści dla młodzieży, to trójkąt miłosny. Główna bohaterka zawsze zmaga się z dylematem, którego chłopaka musi wybrać. Ten element powinien już wejść jako piąta część świata przedstawionego. Dlatego też zdziwiłam się trochę, bo ten trójkąt miłosny, czy raczej jego początkowy zarys, mimo wszystko nie jest przeciętny. Może w dalszych częściach serii się rozwinie, ale póki co, nie irytował mnie i wnosił powiew świeżości. Przewiduję, że Julia będzie musiała wybrać między tym dobrym, robiącym wszystko, by jego ukochana czuła się bezpieczna i latającym na każde jej skinienie chłopakiem, a tym stanowczym, władczym i bezwzględnym czarnym charakterem.

Jeden duży minus, jaki irytował mnie przez większość książki, to drobny fakt, że Julia nie doświadczyła ludzkiej bliskości przez całe swoje życie. Ale w wieku siedemnastu lat spotyka Adama, niezwykłego chłopaka, którego odpycha, a później się w nim zakochuje. Osoba, która nie wie, co znaczy miłość i poleganie na drugiej osobie, bojąca się kogoś dotknąć, nie powinna zachowywać się tak w stosunku do Adama, jak robiła to Julia. Ich relacja jest zbyt przesłodzona i momentami dziwiłam się, że jeszcze nie rzygam tęczą przy ich „ohach i ahach”.

Julia żyje w zupełnie innym świecie. Tam sieroty muszą się ukrywać, dostają niewielkie racji żywności i nigdy nie miały w rękach czekolady. Tam ptaki już nie latają. Ludzie obawiają się zagrożenia. Boją się je zneutralizować, więc zamykają je i izolują. To spotyka naszą główną bohaterkę. Julia zostaje umieszczona w więzieniu aka szpitalu psychiatrycznym niekoniecznie dla swojego dobra, ale raczej dla poczucia bezpieczeństwa innych. Przez 264 dni tkwi sama w celi, przez 264 dni nie wypowiedziała ani jednego słowa. 264 dnia dołącza do niej Adam. Od tamtego czasu zmienia się jej życie i sposób, w jaki patrzy na świat.

Mimo wszystkich niedogodności, książkę czyta się łatwo i przyjemnie. Nie jest zbyt wymagająca, ale momentami zmusza do myślenia nas, ludzi, byśmy zastanowili się nad naszym postępowaniem i podejściem do biednych i samotnych osób. Jak ich traktujemy i jakie uczucia im okazujemy. Może uprzykrzamy komuś życie tylko dla tego samego faktu? Ignorujemy go i udajemy, że nie istnieje? Zauważamy jego obecność wtedy, gdy mamy do niego sprawę, a gdy ta osoba ofiaruje nam wsparcie i pomoc, my bezczelnie to wykorzystujemy, a później zapominamy o całym zdarzeniu.

Po ostatnich zdaniach mam zamiar sięgnąć po kolejne tomy, szczególnie, jeśli tak jak pierwszy, zobaczę je na promocji. To bardzo lekkie czytadło na wieczór z kubkiem herbaty albo gorącej czekolady dla osób, które lubią antyutopijną wizję świata, bunt jednostki przeciw władzy i chęć uczynienia tego, co pozostało, lepszym miejscem do życia. Myślę, że fani Niezgodnej i Igrzysk śmierci odnajdą coś dla siebie w Dotyku Julii i nie zmarnują czasu przy tej lekturze. A styl pisania, cóż. Nie wszyscy są perfekcyjni, ale Tahereh Mafi sprawiła, że jej książkę czyta się bardzo szybko, co stanowi duży plus.

  

wtorek, 5 maja 2015

Recenzja| Papierowe miasta - John Green

Pójdziesz do papierowych miast i nigdy już nie powrócisz.

Znalezione obrazy dla zapytania paper towns


Q to zwyczajny nastolatek, ma prawie stuprocentową frekwencję, nigdy nie miał problemów z rodzicami, ma duże grono znajomych, a rodzice jednego z jego przyjaciół posiadają chyba największą na świecie kolekcję czarnoskórych mikołajów.

Q lubi rutynę i powtarzalność. Jest przywiązany do całego swojego życia i nie chce go zmieniać. Ma wszystko na swoim miejscu. Nawet tego nieustannego zerkania w stronę pewnej dziewczyny na korytarzu szkolnym. Margo, bo tak nazywa się ta dziewczyna, mieszka w sąsiedztwie Quentina. W dzieciństwie się przyjaźnili, ale potem kontakt się urwał. Dlatego, gdy Margo w środku nocy pojawia się w oknie chłopaka, wywraca jego życie do góry nogami.

Margo Roth Spiegelman uwielbiała tajemnice. Tak bardzo, że sama stała się jedną z nich.

Znalezione obrazy dla zapytania paper towns

Więcej o książce nie dam rady powiedzieć bez spojlerowania jej. Tutaj wyjątkowo opis z okładki nic nie zdradza, więc ja także nie chcę wam psuć przyjemności z lektury. Tak, wbrew moim przyzwyczajeniom zachowam fabułę dla siebie.

Papierowe miasta trafiły do mnie dzięki targom książki w Krakowie w zeszłym roku. Skorzystałam wtedy z promocji, którą oferowało wydawnictwo i oto je mam. Jednak dopiero teraz, w miesiącu kwietniu je przeczytałam. Trochę popchnęła mnie do tego czerwcowa premiera ekranizacji. Już uznałam, że filmu nie oglądnę dopóki nie przeczytam książki, a znowuż film koniecznie chcę zobaczyć w kinie, więc to samo napędzające się koło.

Książka gruba jakoś specjalnie nie jest, bo ma około czterysta stron. Czyta się ją  całkiem lekko i przyjemnie (edit, od jakiejś setnej strony), ale to nie zmienia faktu, że czytałam ją prawie miesiąc. Nie wiem, czy to spowodowane było moim kacem książkowym, który znowuż wziął się z natłoku szkoły i egzaminów, bo kompletnie nie mogłam się zabrać do czytania. Gdy już to wszystko ustąpiło, udało mi się skończyć kolejną powieść Greena. Ostatnie osiemdziesiąt stron czytałabym na jednym wdechu, gdyby nie fizjologia i szkolne obowiązki. Ale teraz, już po lekturze, mogę powiedzieć, że jest to moja druga ulubiona książka tego autora, zaraz po Gwiazd naszych wina.


Początkowo główny bohater jest egoistyczny i zachowuje się dość dziecinnie. Oczekuje, że jego przyjaciele zrobią dla niego wszystko, nie dając tego samego w zamian. Dlatego noc w towarzystwie Margo Roth Spiegelman zmienia go i dosłownie i w przenośni. Ta wyprawa sprawia, że Quentin zaczyna myśleć w zupełnie inny sposób. I od tego momentu książkę czyta się bardzo łatwo i przyjemnie.

Przedmiotem tej recenzji jest książka Johna Greena, więc nie można nie wspomnieć o typowym dla niego humorze, który jest nieodłączną częścią powieści. Kto kolekcjonuje czarnoskóre mikołaje? Kto porównuje wielkość frytek z McDonalda do swoich jąder? No cóż… Trzeba przeczytać Papierowe miasta, bo w niektórych momentach ja prawie płakałam ze śmiechu.

Znalezione obrazy dla zapytania paper towns

Podczas lektury poznajemy różne znaczenia tytułowych papierowych miast. Inne wyobrażenia mają przypadkowi internauci, inne ma Quentin, a zupełnie odmienne ma Margo Roth Spiegelman, której tok rozumowania staje się zagadką całej historii. No bo co to tak naprawdę są papierowe miasta? Makieta miasta zbudowana z papieru? Ja tak myślałam zaczynając lekturę. Tak samo uważał też autor brytyjskiej okładki.

Sięgając po tę książkę dostaniecie dużą dawkę humoru, nastoletnich imprez, nieodwzajemnionych uczuć i zagadek do rozwiązania. Nie brak tutaj minivanów, wyścigów z czasem i szaleńczych postojów na stacjach benzynowych, gdzie każdy ma swoje zadanie, byleby zdążyć na czas, wyrobić się w sześć minut i gnać autostradą dalej, łamiąc wszystkie przepisy. Jest to powieść dla każdego, dla chłopaka, dla dziewczyny, dla starszych i młodszych czytelników, jeśli tylko się nie boją jechać przez Stany Zjednoczone ze średnią prędkością stu szesnastu kilometrów na godzinę, jedząc batoniki energetyczne i znosząc sikającego do butelki przyjaciela z tylnego fotela.

  



Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam zekranizowane powieści na blogu Korci mnie czytanie

Wyzwanie czytelnicze "Czytam zekranizowane powieści"!

piątek, 1 maja 2015

Book Haul - kwiecień 2015

W tym miesiącu zdecydowanie przesadziłam...



Gdy robiłam marcowy book haul, byłam pozytywnie zaskoczona ilością książek, które do mnie dotarły. Jeszcze w większości były to nabytki z dużych promocji. Wtedy było czternaście pozycji. W tym miesiącu nie planowałam żadnych zakupów, a wyszło tak jak zwykle i z jednej strony bardzo się cieszę, że udało mi się upolować takie a nie inne książki, ale z drugiej strony... Mam poczucie winy, bo mi półek zaczyna brakować. A czytanie jakoś nie chce iść... Lecz bez przedłużania. Zapraszam serdecznie na ten duuuuuuuuży i obszerny w nowe powieści kwietniowy book haul.



Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. W okresie wielkanocnym kompletnie nie miałam ani ochoty ani okazji na zakupy. Nauka, nauka, nauka. Za to zaraz po powrocie ze świątecznego wyjazdu, w moje ręce trafiły dwie książki. Obie to zdobycze z promocji. Na pokładzie Titanica to tytuł, który przykuł moją uwagę w Biedronce za chyba niecałe 10 złotych. I zawiera śliczne rysunki w środku! Pamiętam, że tego samego dnia także wyczaiłam książkę Matthewa Quicka, Wybacz mi, Leonardzie w księgarniach Czytanie za 15 złotych. Cena niska, opis ciekawy, a styl autora już miałam okazję poznać. A więc kolejna książka do biblioteczki!

Myślałam, że na tym się skończy. Ale później postanowiłam się odstresować w trakcie egzaminów. A co jest najlepsze na stres? Nowe książki! Tak więc zakupiłam Królową Tearlingu, o której słyszałam wiele na amerykańskim booktubie i która została nawet książką miesiąca. Za to przez polskich blogerów zaciekawił mnie tytuł Smażone zielone pomidory. Z tego co się orientuję, jest to taka obyczajówka z zeszłego wieku z lekką nutką kryminału w tle. Także wiele dobrego słyszałam na temat autorki, więc przekonam się, jaka będzie moja opinia po lekturze.

Później odkryłam stronę wydawnictwa Nasza Księgarnia, na której można zamawiać książki uszkodzone w bardzo dobrych cenach. Nie zanotowałam, żeby te uszkodzenia były jakieś znaczne. Niektóre książki w empiku są bardziej zniszczone a kosztują normalną stawkę. W ten sposób trafiły do mnie druga i trzecia część Cukierni pod amorem (ja nie mam pierwszego tomu? Skąd ten pomysł?... Ale serio... Muszę go skądś zdobyć...), a także Strażnik i Tropiciel z serii Zapomniana księga.

Obietnica gwiezdnego pyłu to nabytek z promocji w Tesco. Nie bijcie mnie, ale kompletnie nie wiem, o czym jest ta książka. Tytuł mi się bardzo spodobał i okładka także jest niczego sobie. Opis czytałam w sklepie, ale starość nie radość i nie pamiętam...

Kupiłam także Dziennik Helgi. Jest to drugi taki dziennik zaraz po tym od Anne Frank napisany przez żydowskie dziecko, ukrywające się w czasach drugiej wojny światowej. Nie mogę się doczekać, gdy w końcu go przeczytam, bo ostatnio bardzo polubiłam czasy wojenne.

Efektem robót drogowych przy liniach tramwajowych był mój spacer przez krakowski rynek. MPK nie jeździło, a do domu trzeba jakoś dojść. Taki zbieg okoliczności, że na tej trasie są trzy księgarnie. No i najpierw kupiłam Betę, na którą miałam ochotę od ponad roku, a także interesującą książkę o Hitlerze wrzuconym w nasz współczesny świat pod tytułem On wrócił.



W ostatni weekend miałam przyjemność być w antykwariacie. Tak rekreacyjnie kupiłam cztery książki, ale jedna zawierała jakby dwie w sobie. Dzięki temu mam szekspirowskiego Otella i Makbeta. A także Wichrowe wzgórza, które co prawda czytałam, ale w wersji elektronicznej i bardzo chciałam je mieć fizycznie. Kupiłam także Iliadę i Odyseję. No bo jak już kupować to seriami!



Wtedy byłam już prawie pewna, że na tym zakończą się moje zakupy. Ale Biedronka od poniedziałku w swojej ofercie miała klasykę z serii Angielski Ogród za 9,99! Jak się o tym dowiedziałam, to dosłownie wybiegłam z domu i wykupiłam wszystko, co mieli na półce. Więc trafiły do mnie trzy książki Jane Austen; długo poszukiwana przeze mnie Duma i uprzedzenie, Opactwo Northanger i Rozważna i romantyczna (nieważne, że już miałam ją w innym wydaniu...). A także dwie powieści Elizabeth Gaskell; Panie z Cranford oraz Północ i południe.

Jedyny ebook, jaki w tym miesiącu do mnie trafił, to powieść Tomasza Kowalczyka Maszynopis z Kawonu, którego dostałam od autora. Recenzja jest dostępna do przeczytania na blogu, a jeśli ktoś nie widział, to zapraszam, bo książka jest nietypowa i zapada na długo w pamięć.



Wczoraj także zebrałam się w sobie i postanowiłam odwiedzić bibliotekę. Słyszałam wiele dobrego na temat książki Davida Nichollsa Jeden dzień, więc jak ją zobaczyłam, to musiałam wypożyczyć. Nie czytałam opisu, bo chcę mieć niespodziankę.

Jako że bardzo spodobało mi się Love, Rosie, ciekawią mnie inne powieści Ceceli Ahern. Mam zamiar przeczytać je wszystkie, a zaczynam od Gdybyś mnie teraz zobaczył.

I ostatnia książka w tym stosiku to Bransoletka polskiej autorki Ewy Nowak. To będzie dla mnie odmiana, bo już nie czytam takich rzeczy, a poza tym, w końcu polska literatura. Mam nadzieję, że się nie zawiodę, choć słyszałam różne opinie.

 

 

 

Na dziś to już wszystko. Mam nadzieję, że niedługo pojawią się recenzje wyżej wymienionych książek, a także te zaległe, czyli Papierowych miast, Igrzysk śmierci czy Kłamcy od Jakuba Ćwieka. Muszę się wziąć za siebie i za czytanie, bo mój egzaminowy zastój minął. Mam nadzieję, że już nigdy nie powróci.

Podoba wam się taka forma stosików czy wolicie takie, jakie były wcześniej? Piszcie swoje opinie w komentarzach, co mogłabym zmienić, dodać, czego jest za mało a czego za dużo na moim blogu. Staram się odnosić do wszystkich uwag.

Do następnej notki! I o ile wszystko pozwoli, będzie to recenzja :D



PS. Przepraszam za edycję zdjęć, ale ostatnio blog odmawia posłuszeństwa ;/