środa, 7 grudnia 2016

... bo jak nie wpuszczają cię drzwiami to wejdź oknem

To wszystko zaczęło się już pod koniec listopada…

źródło: http://www.rmf.fm/
Jakiś czas temu dowiedziałam się, że radio RMF FM z okazji mikołajek organizuje niespodziankę dla swoich słuchaczy oraz konkurs, w którym do wygrania będą bilety na koncert nie byle kogo, a Månsa Zelmerlöwa. Aby mieć szansę na nagrodę, trzeba było zgłosić daną osobę na stronie RMFu i napisać krótkie uzasadnienie, dlaczego właśnie ten człowiek ma wygrać. Niewiele się zastanawiając, poprosiłam rodziców, aby zgłosili mój udział. Ja sama zgłosiłam swoją przyjaciółkę. A później…

Nic. Wszystko ucichło. Z doświadczenia wiedziałam, że konkursy RMFu rozwiązywane są na antenie radia. W danym momencie prowadzący audycję dzwoni do osoby, która zdobywa nagrodę i w ten sposób ktoś dowiaduje się o swojej wygranej. Dlatego przez ostatnie dwa tygodnie w pogotowiu miałam telefon, maila i skrzynkę pocztową. Dodatkowo codziennie starałam się słuchać radia. Nie do końca było wiadomo, jaką drogą przyjdzie informacja o biletach, skoro kazali podać przy zgłoszeniu tyle różnych danych (no bo porażki nie dopuszczałam do wiadomości).

W weekend przed koncertem już nie mogłam się doczekać na informację. Całe dwa dni radio leciało w tle, i nawet doczekałam się wzmianki, że konkurs zostanie rozwiązany w sobotę popołudniu. No ale nic nie nastąpiło. W niedzielę także. Ale że w sobotę już byłam zniecierpliwiona, napisałam na radiowego maila z zapytaniem, w jaki sposób konkurs zostanie rozwiązany. Ale dalej była cisza.



W poniedziałek rano już nie liczyłam na wiele, ale w dalszym ciągu do mnie nie docierało to, że mój ulubiony piosenkarz znajdzie się w tym samym mieście, w którym mieszkam, i to raptem 1,7 km od mojego domu (tak, sprawdziłam), a nie zanosi się, abym tam była. Nie dostałyśmy żadnej wiadomości, a przecież koncert był już tego samego dnia! Ale sprawdziłam pocztę, a tam otrzymałam odpowiedź, że konkurs został rozstrzygnięty w weekend i że bardzo im przykro, że nie znalazłam się w gronie zwycięzców. Więc ja, jak to ja, poddać się nie poddałam. Odpisałam im pytaniem o szczegóły, o dokładny termin podania wyników i jak to nastąpiło, bo że w weekend na antenie na pewno tego nie zrobiono. I tu zaczyna się ta najciekawsza część historii.

Na tego maila, który z mojej strony już nie był miły, dostałam szybką odpowiedź, którą odczytałam między lekcjami w szkole. W wiadomości było pytanie, skąd pochodzę i czy jeśli pojawiłaby się taka możliwość, to czy dałabym radę być na koncercie. Oczywiście natychmiast odpisałam, że oczywiście, w pakiecie z przyjaciółką. A później przez najdłuższe pół godziny czekałam na kolejną informację. W tym czasie musiałam wysiedzieć w ławce na historii i w dodatku napisać pracę pisemną w ramach sprawdzianu.

Ale odpisali! Poproszono mnie o podanie imienia oraz nazwiska. Wchodziłyśmy na listę gości za okazaniem dowodu tożsamości, którego koniec końców nie musiałyśmy okazywać. Ale udało się nam! I nie musiałyśmy realizować naszego planu B w postaci wchodzenia na koncert bez zaproszenia, po kryjomu, pod barierkami…



Gdy już znalazłyśmy się w restauracji, gdzie odbywała się cała impreza, byłam bardzo miło zaskoczona. Scena była ustawiona na nieznacznej wysokości i niczym nieogrodzona od publiczności. Stałam w drugim rzędzie i spokojnie mogłabym wyciągnąć rękę i dotknąć Månsa. Był tak blisko!

Koncert transmitowany był na żywo w internecie, a także relacja była w radiu. I całe wydarzenie miało tylko jedną wadę. To było za krótkie! Całość trwała tylko pół godziny, a Måns zaśpiewał jakieś 6? 7? Piosenek? Wszystko zleciało bardzo szybko i przyjemnie. Atmosfera była bardzo kameralna, nie czuć było dystansu między widownią a wokalistą. Radio  się przyłożyło do zadania i sprawiło, że to naprawdę był udany koncert. A sama gwiazda także dała z siebie to, co najlepsze. Łącznie ze śpiewaniem po polsku. Wszystko było akustyczne, a Mans śpiewał na żywo, więc można było podziwiać skalę jego głosu bez żadnych studyjnych ubarwiań. W dodatku sam grał na gitarze wraz z zespołem.

Gdy koncert się skończył, zdecydowanie za szybko, prowadzący płynnie oznajmił fanom, że ma nieoficjalną informację o tym, że Måns wyjdzie rozdawać autografy. I prawie od razu po występie pojawił się na sali w samym środku tłumu, nie zważając na przygotowane dla niego miejsce. Z każdym robił sobie zdjęcie, każdemu dawał autograf, albo i dwa, i trzy albo i dziesięć. Nie protestował, że to za dużo, albo że jedna fotka wystarczy. Nawet dla jednej dziewczyny zaśpiewał Cara mia i pozwolił się nagrać. I ja oczywiście mam i autograf i zdjęcie! Autograf wam pokażę, ale zdjęcia oszczędzę. Chociaż nieważne jak ja tam wyglądam, ważne kto stoi obok. A teraz ręki, która go dotknęła, już nigdy nie umyję!



I to by było na tyle, jeśli chodzi o koncert Månsa w Krakowie. Wrażenia były niesamowite i nie do powtórzenia. Nie docierało to do mnie przez długi czas, a moment kulminacyjny nastąpił w momencie, w którym prawie biegłam przez Kazimierz, aby jak najszybciej znaleźć się w restauracji. A jaki morał mogę z tego wynieść? Jeśli ci na czymś naprawdę zależy, walcz o to, bo nie masz nic do stracenia. Możesz tylko zyskać. Jeśli się nie uda, trudno. Ale gdy nie spróbujesz, nigdy się nie dowiesz, jak sprawy mogły się potoczyć.






                                                                                                                                                    



Znajdziesz mnie również tutaj: 
 Facebook: https://www.facebook.com/toreadornottoreadworld/ 
Instagram: https://www.instagram.com/thethirteenthbook/ 
Goodreads: https://www.goodreads.com/ewuniunia 
Snapchat: @ewuniunia

23 komentarze:

  1. Jakie ty masz przezycia:D i nic o konkursie nie mowilas!!##

    OdpowiedzUsuń
  2. Super blog, na pewno zostanę na dłużej! Obserwuję! :))
    http://beciaem.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale fajna historia! Dobrze, że się nie poddałaś! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale historia! Ale tak jest z tymi konkursami, czasami samemu trzeba się upomnieć o nagrodę :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetnie napisane. Wnioski wyciągnięte prawidłowo. Cudowna historia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetna historia! Dobrze, że dobrze się bawiłaś.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale super, że ci się udało <3 Bardzo dobrze powiedziane, zawsze trzeba próbować.

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratulacje :) Świetna historia!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale świetnie. Ogromnie zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  10. No nieźle ! :D Cieszę się, że udało Ci się być na jego koncercie, sama z chęcią bym poszła :D Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ach, czyli RMF chciało sobie polecieć w chuja, jakoś mnie to nie dziwi :P
    No ale cóż, ważne, że się dostałaś! Było dotknąć go koszulką i jej nie prać, bo nie myć ręki to ciężko :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Boże jak ja Ci zazdroszczę tego koncertu. *,* najważniejsze to być wytrwałym i się nie poddawać

    OdpowiedzUsuń
  13. nie dosc ze dostalas podpisane plyty z heffron drive to teraz poznalas swojego idola... czekam na moje bilety na koncert ty niewdzieczny normie kys

    OdpowiedzUsuń
  14. dostajesz podpisane plyty heffron drive a teraz masz zdjecie ze swoim idolem... teraz czekam na moje bilety na koncert ty niewdzieczny normie kys

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak będę mieć możliwość to dostaniesz nawet i dwa bilety na koncert tylko pamiętaj, że masz mnie zabrać bo jak nie to foch z przytupem i fanfarami
      (a ty masz kubek z Miley Cyrus, i co?!)

      Usuń
    2. A podpisany? Nie!
      A Ty masz koszulkę z Mansem i co?!

      Usuń
  15. Jezu, cała historia z tego wyszła xD
    Nie no mega sprawa, bo też bardzo go lubię i od razu widać, że życiowy chłop i nie izoluje się od swoich fanów na kilometr, bo wie, że to dla nich śpiewa. Brawa :)
    Ale powiem Ci, że to terfem, to jakaś jedna wielka machloja. Nie rozwiązali zapewne konkursu w ogóle, tylko posprzedawali wejściówki albo dali swoim ludziom. A potem a jednak może Pani przyjść, mimo ze nie wygrała Pani konkursu. Ehe. A na dłoni mi kaktus wyrośnie.
    No ale nic, lepiej dla Ciebie :D
    Kasia z Kasi recenzje książek :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ujęła mnie Twoja historia i w zupełności zgadzam się z morałem. Jednym z moich marzeń była podróż do Paryża. Normalnie pragnienie niemożliwe do realizacji, a jednak uparłam się. Kilka lat odkładałam pieniądze i w wakacje (kilka lat temu) byłam z rodzinką na wycieczce. Było niesamowicie! Cieszę się Twoją radością z pobytu na tak ważnym dla Ciebie koncercie. :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Zazdroszczę :D! Ale czasem trzeba walczyć o swoje, już nie raz się o tym przekonałam. Gdybym czasem nie była upierdliwa to niczego bym nie osiągnęła.. :)

    Pozdrawiam
    http://zaczytanazlosnica.blogspot.com/#

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz wskrzesza jednego jednorożca :D
Odwiedzam blogi wszystkich, którzy zostawili komentarz pod ostatnim postem ;)