Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwiazdka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwiazdka. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 grudnia 2016

... bo jak nie wpuszczają cię drzwiami to wejdź oknem - Mans Zelmerlow dla RMF FM Kraków 5 grudnia 2016

To wszystko zaczęło się już pod koniec listopada…

źródło: http://www.rmf.fm/
Jakiś czas temu dowiedziałam się, że radio RMF FM z okazji mikołajek organizuje niespodziankę dla swoich słuchaczy oraz konkurs, w którym do wygrania będą bilety na koncert nie byle kogo, a Månsa Zelmerlöwa. Aby mieć szansę na nagrodę, trzeba było zgłosić daną osobę na stronie RMFu i napisać krótkie uzasadnienie, dlaczego właśnie ten człowiek ma wygrać. Niewiele się zastanawiając, poprosiłam rodziców, aby zgłosili mój udział. Ja sama zgłosiłam swoją przyjaciółkę. A później…

Nic. Wszystko ucichło. Z doświadczenia wiedziałam, że konkursy RMFu rozwiązywane są na antenie radia. W danym momencie prowadzący audycję dzwoni do osoby, która zdobywa nagrodę i w ten sposób ktoś dowiaduje się o swojej wygranej. Dlatego przez ostatnie dwa tygodnie w pogotowiu miałam telefon, maila i skrzynkę pocztową. Dodatkowo codziennie starałam się słuchać radia. Nie do końca było wiadomo, jaką drogą przyjdzie informacja o biletach, skoro kazali podać przy zgłoszeniu tyle różnych danych (no bo porażki nie dopuszczałam do wiadomości).

W weekend przed koncertem już nie mogłam się doczekać na informację. Całe dwa dni radio leciało w tle, i nawet doczekałam się wzmianki, że konkurs zostanie rozwiązany w sobotę popołudniu. No ale nic nie nastąpiło. W niedzielę także. Ale że w sobotę już byłam zniecierpliwiona, napisałam na radiowego maila z zapytaniem, w jaki sposób konkurs zostanie rozwiązany. Ale dalej była cisza.



W poniedziałek rano już nie liczyłam na wiele, ale w dalszym ciągu do mnie nie docierało to, że mój ulubiony piosenkarz znajdzie się w tym samym mieście, w którym mieszkam, i to raptem 1,7 km od mojego domu (tak, sprawdziłam), a nie zanosi się, abym tam była. Nie dostałyśmy żadnej wiadomości, a przecież koncert był już tego samego dnia! Ale sprawdziłam pocztę, a tam otrzymałam odpowiedź, że konkurs został rozstrzygnięty w weekend i że bardzo im przykro, że nie znalazłam się w gronie zwycięzców. Więc ja, jak to ja, poddać się nie poddałam. Odpisałam im pytaniem o szczegóły, o dokładny termin podania wyników i jak to nastąpiło, bo że w weekend na antenie na pewno tego nie zrobiono. I tu zaczyna się ta najciekawsza część historii.

Na tego maila, który z mojej strony już nie był miły, dostałam szybką odpowiedź, którą odczytałam między lekcjami w szkole. W wiadomości było pytanie, skąd pochodzę i czy jeśli pojawiłaby się taka możliwość, to czy dałabym radę być na koncercie. Oczywiście natychmiast odpisałam, że oczywiście, w pakiecie z przyjaciółką. A później przez najdłuższe pół godziny czekałam na kolejną informację. W tym czasie musiałam wysiedzieć w ławce na historii i w dodatku napisać pracę pisemną w ramach sprawdzianu.

Ale odpisali! Poproszono mnie o podanie imienia oraz nazwiska. Wchodziłyśmy na listę gości za okazaniem dowodu tożsamości, którego koniec końców nie musiałyśmy okazywać. Ale udało się nam! I nie musiałyśmy realizować naszego planu B w postaci wchodzenia na koncert bez zaproszenia, po kryjomu, pod barierkami…



Gdy już znalazłyśmy się w restauracji, gdzie odbywała się cała impreza, byłam bardzo miło zaskoczona. Scena była ustawiona na nieznacznej wysokości i niczym nieogrodzona od publiczności. Stałam w drugim rzędzie i spokojnie mogłabym wyciągnąć rękę i dotknąć Månsa. Był tak blisko!

Koncert transmitowany był na żywo w internecie, a także relacja była w radiu. I całe wydarzenie miało tylko jedną wadę. To było za krótkie! Całość trwała tylko pół godziny, a Måns zaśpiewał jakieś 6? 7? Piosenek? Wszystko zleciało bardzo szybko i przyjemnie. Atmosfera była bardzo kameralna, nie czuć było dystansu między widownią a wokalistą. Radio  się przyłożyło do zadania i sprawiło, że to naprawdę był udany koncert. A sama gwiazda także dała z siebie to, co najlepsze. Łącznie ze śpiewaniem po polsku. Wszystko było akustyczne, a Mans śpiewał na żywo, więc można było podziwiać skalę jego głosu bez żadnych studyjnych ubarwiań. W dodatku sam grał na gitarze wraz z zespołem.

Gdy koncert się skończył, zdecydowanie za szybko, prowadzący płynnie oznajmił fanom, że ma nieoficjalną informację o tym, że Måns wyjdzie rozdawać autografy. I prawie od razu po występie pojawił się na sali w samym środku tłumu, nie zważając na przygotowane dla niego miejsce. Z każdym robił sobie zdjęcie, każdemu dawał autograf, albo i dwa, i trzy albo i dziesięć. Nie protestował, że to za dużo, albo że jedna fotka wystarczy. Nawet dla jednej dziewczyny zaśpiewał Cara mia i pozwolił się nagrać. I ja oczywiście mam i autograf i zdjęcie! Autograf wam pokażę, ale zdjęcia oszczędzę. Chociaż nieważne jak ja tam wyglądam, ważne kto stoi obok. A teraz ręki, która go dotknęła, już nigdy nie umyję!



I to by było na tyle, jeśli chodzi o koncert Månsa w Krakowie. Wrażenia były niesamowite i nie do powtórzenia. Nie docierało to do mnie przez długi czas, a moment kulminacyjny nastąpił w momencie, w którym prawie biegłam przez Kazimierz, aby jak najszybciej znaleźć się w restauracji. A jaki morał mogę z tego wynieść? Jeśli ci na czymś naprawdę zależy, walcz o to, bo nie masz nic do stracenia. Możesz tylko zyskać. Jeśli się nie uda, trudno. Ale gdy nie spróbujesz, nigdy się nie dowiesz, jak sprawy mogły się potoczyć.






                                                                                                                                                    



Znajdziesz mnie również tutaj: 
 Facebook: https://www.facebook.com/toreadornottoreadworld/ 
Instagram: https://www.instagram.com/thethirteenthbook/ 
Goodreads: https://www.goodreads.com/ewuniunia 
Snapchat: @ewuniunia