Producenci,
scenarzyści, reżyserowie i ogólnie wszyscy odpowiedzialni za tę szmirę mają
naprawdę wielkie szczęście, że jestem cierpliwą osobą i czuję masochistyczną
potrzebę katowania się złymi serialami, by móc na koniec z czystym sumieniem
odhaczyć je jako „obejrzane” i skrytykować bez poczucia winy. Mają szczęście,
bo tym półgłówkom z Hollywood zajęło pieruńsko dużo czasu, by w końcu stworzyć
coś, co da się oglądać. Szkoda, że aby dobrnąć do tej zjadliwej części, musimy
przemęczyć się przez pierwsze dwa sezony.
Jeśli
jeszcze nie wiecie, o czym jest serial Shadowhunters,
to zaserwuję wam krótki akapit, gdzie dowiecie się co i jak. Ogólnie produkcja
powstała na podstawie serii książek Dary
anioła, ale spokojnie, zbyt wiele jedno z drugim to już wspólnego nie ma. W
serialu śledzimy historię osiemnastoletniej Clary, która żyje swoim zwykłym
życiem nowojorskiej nastolatki. Z dnia na dzień dowiaduje się, że to tak
naprawę kłamstwo, a to, co ją otacza, jest tylko przykrywką dla świata
Podziemnego. Panoszą się tu wampiry, wilkołaki i faerie, a na straży porządku
czuwają Nocni Łowcy. Losy dziewczyny splotą się z losami nadnaturalnych
postaci, by wspólnie mogli stawić czoła zagrożeniu, jakie nadchodzi.
Podczas
oglądania pierwszego sezonu stale towarzyszyły mi dwa pytania; dlaczego to jest
tak cholernie słabe oraz dlaczego włosy Clary są, cholera jasna, marchewkowe.
Jak do tego pierwszego jeszcze dało się jako tako przywyknąć, bo zawsze można
wyłączyć mózg na te 40 minut, to drugiego przeboleć nie mogłam w żaden sposób.
Za każdym razem, gdy Katherine McNamara pojawiała się na ekranie, moje oczy
dosłownie piekły i wyły z bólu. Marchewka, pomarańcz, kolor sznurówek, które
były modne kilka lat temu. Dlaczego ktoś zrobił jej taką krzywdę? Dlaczego
producenci postanowili torturować nas w tak brutalny sposób?
Problemem
pierwszego sezonu, oprócz tych okropnych włosów, jest ogólny brak ogarnięcia
tematu. Tutaj po prostu panuje chaos, ale nie w pozytywnym znaczeniu. I to nie
chodzi o to, że tyle się dzieje, że makówka nie nadąża. Tutaj wrzucono tyle
różnych wątków, bohaterów i charakterów, że powstał miszmasz, który się po
prostu ze sobą nie klei. Jakby scenarzyści mieli zupełnie inne wizje niż
reżyserowie, więc zamiast zdecydować się na obranie jednej drogi, oni obrali
wszystkie 50, jakie im tylko przyszły do głowy. Z jednej strony nie trzymają
się książek, z drugiej strony nie trzymają się logiki, więc wychodzi na to, że
oni się w ogóle niczego nie trzymają.
Gdy
już zostawimy w spokoju całą tę okropną fabułę, nie możemy pominąć okropnej gry
aktorskiej. Kat McNamara nie dość, że straszy nas swoją żarówiastą głową, to
dodatkowo prezentuje twarz rodem z reklamy operacji plastycznych. Zero emocji,
nic, kompletnie. Oprócz tego rusza się jak kukła z przerysowanymi ruchami.
Botoks i sto procent sztuczności u tej pani.
Odtwórca
roli Jace’a czyli Dominic Sherwood także nie wypada najlepiej. Jego grę można
podsumować tymi samymi słowami co McNamarę, z tą różnicą, że Sherwood jest
jednak poziom wyżej i nie straszy marchewką na łepetynie. Nie umiem ocenić, czy
jest lepszym wyborem do tej roli niż poprzedni jej odtwórca, Jamie Campell
Bower, bo według mnie oni obaj słabo tu pasują. Dla mnie Alex Pettyfer zawsze
był idealnym Jacem, więc sorki, to się nie zmieni. Ale z dwojga złego chyba
Sherwood bardziej mi podchodzi. Ah, jeszcze z dziwnych i nie zrozumiałych
powodów przypomina mi Tomasza Ciachorowskiego, chociaż to nie ma tu nic do
rzeczy.
Na
szczęście sytuację ratuje trochę Matthew Daddario i Emeraude Toubia czyli Alec
i Isabelle Lightwood. Między innymi to dlatego pana wytrwale i dzielnie
włączałam każdy odcinek, by móc popatrzeć na jego ładną twarz i grę aktorską,
która nie jest jakaś wielce wybitna, ale na tle całej reszty wyróżnia się
naprawdę w pozytywny sposób i wygląda wręcz oscarowo. Zaś Isabelle jest
idealnym odzwierciedleniem tego, co kiedyś sobie wyobrażałam na temat jej
książkowego pierwowzoru.
Sezon
pierwszy przyniósł nam też głównego złoczyńcę, Valentine’a, który miał być
żądnym krwi facetem, który nie cofnie się przed niczym, byleby tylko osiągnąć
swój cel. Nie dość, że twórcy mało wiarygodnie zakreślili jego postać, przez co
jego wielka zła misja sprowadza się do czegoś pokroju „jak upolować najtańsze
kiełbaski na grilla dla całej rodziny i zaoszczędzić na ketchup”, to jeszcze
ogólny wygląd i charakterystyka aktora przypomina bardziej wujka Zenka, który
pije w kącie w tajemnicy przed ciotką Haliną, niż wielkiego zuola gotowego
zniszczyć świat.


A
wspominałam o efektach specjalnych, które są sztuczne, plastikowe i po prostu
koszmarne? No ale jak zużyliśmy cały budżet na farbowanie włosów Clary na kolor
100% marchewa, to oczywistym było, że braknie nam na porządnych grafików. Tutaj
jednak muszę przyznać im plus, bo w późniejszych odcinkach się poprawili.
Najpierw wrzucali te komputerowo-paintowe stworki w każdą scenę, później
przystopowali i zaczęli stawiać na jakość, a nie na ilość, przez co wartość
estetyczna serialu wzrosła (chociaż więcej Daddario na ekranie też mogło mieć
coś z tym wspólnego).
Sezon
drugi gdzieś do połowy jest tak samo słaby jak ten pierwszy, ale jednak z
każdym odcinkiem robi się lepiej, zauważalnie lepiej. Aktorzy poprawiają swoją
grę, reżyserowie jakoś bardziej ogarniają, czego tak naprawdę chcą, a
scenarzyści w końcu skupiają się na jednym scenariuszu i nie łączą kilku ze
sobą. Ogólnie im dalej, tym lepiej. Końcówka i finał sezonu wypada naprawdę
nieźle. Wszystkie łzy zaczynają być wiarygodne, większość relacji brzmi
prawdziwie, a bohaterowie już nie zmieniają osobowości z odcinka na odcinek.
Zastanawiacie
się pewnie, dlaczego ja to oglądałam, skoro tak naprawdę nigdy mi się to nie
podobało? Otóż racjonalnego powodu znaleźć nie mogę, ale irracjonalny istnieje.
Jako, że znam książkowy pierwowzór i darzę go sporą sympatią, po prostu
chciałam być na bieżąco z tematem. Poza tym mnie znacie, ja zawsze brnę do
końca, by móc później bez wyrzutów sumienia sobie ulżyć i dowoli powymyślać. Ale
w tym wypadku żadna z tych rzeczy nie jest przyczyną. Tak naprawdę oglądałam
całość dla Maleca, okej?
W
pewnym momencie doszłam już do wniosku, że okej, dwa sezony, 33 odcinki to
wystarczająco dużo czasu, który poświęciłam (a raczej zmarnowałam) na oglądanie
tego serialu. Postanowiłam więc, że po trzeci sezon nie sięgnę, że nie dotknę
go nawet patykiem, nawet nie popatrzę w jego kierunku. Ale cholercia, złamałam
się, obejrzałam pierwszy odcinek i przepadłam. Następne 7 nadrobiłam jeszcze w
ten sam weekend i z bólem serca rozpoczęłam oczekiwanie na emisję kolejnych.
Serial
w końcu zaczął trzymać się kupy, reżyserowie polubili ciągi przyzynowo-skutkowe,
a scenarzyści zaprzyjaźnili się z logiką. Oprócz tego aktorzy chyba wzięli
trochę lekcji, by podszkolić swoje umiejętności i w końcu przestali grać na
poziomie disneyowskim. Gdy postacie płakały, ja w końcu wiedziałam, dlaczego, a
co najważniejsze, czułam to samo. Gdy się kłócili czy bili w ciemnym zaułku, ja
dbałam o nich, chciałam, by nic im się nie stało. W tej chwili mogę z ręką na
sercu powiedzieć, że uwielbiam relację między Clary a Isabelle, Isabelle a Alec
i Jace, Simon i Kyle, Maia i Simon, a nawet Clary i Jace!
Za to jeśli chodzi o finał
sezonu 3A… Omatkoświętacotusięodjaniepawliłojachcękolejnyodcinekwypraszamsobietyleniewiadomychbezodpowiedzi?!
Nie
będę tu już nawet wspominać o tym, czy Shadowhunters
to dobra ekranizacja, bo chyba nawet używanie sformułowania „ekranizacja” w tym
przypadku mija się z celem. Mamy co prawda tych samych głównych bohaterów
obsadzonych w tym samym świecie, ale na tym podobieństwa się kończą. Wydarzenia
z grubsza są te same, chociaż większość przybiera zupełnie inny wydźwięk. Coś,
co w książce stanowiło główną oś fabularną, tutaj jest wątkiem pobocznym, który
traktuje się jak zapchajdziurę. Coś, czego zaś w powieściach w ogóle nie było,
jest centrum akcji przez minimum dwa odcinki. Dlatego ja już się poddałam ze
znajdywaniem podobieństw, bo to po prostu było bezcelowe. Chociaż… można byłoby
się pokusić o drinking game. Za każdym razem, gdy na ekranie dzieje się rzecz,
której w Darach anioła nie było lub
którą zmieniono, pijesz kieliszek. Bylibyście na podłodze już przy pierwszym
odcinku, a ci z mocniejszą głową to może w połowie drugiego.
Może
faktycznie ta produkcja zyskuje przy tym trzecim sezonie, może naprawdę on jest
dobry i da się go oglądać. A może mnie poprzednie serie już tak ogłupiły, że
mój mózg płata mi figle i zaczyna mnie zwodzić, że mi się to podoba. Może ktoś
mnie zahipnotyzował? Albo stres związany z maturą objawia się w ten sposób?
Zamierzam sprawdzić to do końca i dobrnąć do finału. Mam nadzieję, że nie piszę
tych słów zbyt wcześnie i że nie spieprzą tego ponownie (chociaż się nie
zdziwię, mają dużą wprawę w spieprzaniu rzeczy w tym serialu).
Także
ten, jeśli zapatrujecie się na seans z tą niesamowitą produkcją, jaką jest Shadowhunters, to mam dla was kilka rad,
w jaki sposób bezboleśnie można przebrnąć przez pierwszy sezon i połowę
drugiego. Otóż polecam zaopatrzyć się w jakieś tabletki na uspokojenie i
trzymać je zawsze pod ręką. Kilka głębszych także nie zaszkodzi, ale
pamiętajcie! Nie łączcie z tabletkami, bo do drugiej serii nigdy nie
dojdziecie. Także ten, także to, albo ogólnie można oglądać w formie podcastu,
na przykład gdy wam się nudzi myjąc okna, składając pranie, albo gotując obiad
na niedzielę. Taki zabieg ochroni was też przed oglądaniem marchewkowych włosów
Clary.
Uwaga!
Od drugiego sezonu charakteryzatorzy zdecydowali się na przyciemnienie marchewy
i zrobienie z niej zwykłego rudzielca. #finally
Książki z tej serii podobały mi się, ale jakoś szybko o nich zapomniałam. Słyszałam sporo negatywnych opinii o serialu i nie planuję go obejrzeć, bo szkoda mi na to czasu. No i opinie na temat gry aktorskiej i ogólnie całej fabuły w Shadowhunters dodatkowo odstraszają mnie od tej produkcji. Trzy razy nie - dziękuję bardzo. :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam! :)
https://recenzjeklaudii.blogspot.com/
I szczerze mówiąc, to nic nie stracisz XD
UsuńKurczaki zacielam się gdzieś na początku drugiego sezonu i nawet nie pamiętam na którym odcinku skończyłam... Będę musiała sprawdzić historie wyszukiwania na laptopie. Mnie też serial zawiódł serię bardzo dobrze wspominam a relacja między clary a jacem w papierowej wersji była niezwykle fascynujaca natomiast w serialu.. Praktycznie żadnych emocji nic nie było a efekty specjalne to była jakaś porażka..
OdpowiedzUsuńPolecam apkę na telefon: Tv Show Time. Fajnie zaznacza obejrzane odcinki :D
UsuńW serialu to w ogóle wszystko jest porażką, ale na szczęście jest tendencja wzrostowa
Przyznam, że zaczęłam ten serial oglądać, ale potem uznałam, że w sumie nie chce mi się marnować życia. Nie umiem spojrzeć na to w inny sposób niż poważnie, bo ubóstwiam pierwowzór. O ile heheszki z pomarańczowej grzywy Kat były śmieszne, są śmieszne i będą śmieszne, o tyle nie mogę przeboleć tego, że nikt nie wziął ,,Darów Anioła" na poważnie. W filmie grali emeryci i nawet jeśli miało to coś wspólnego z serią książek Clare, o tyle serial nie ma już zupełnie nic.
OdpowiedzUsuńNaprawdę nie mogę przeboleć zrobienia po raz kolejny sieczki z czegoś dobrego, nawet jeśli to tylko adaptacja.
Aaa, no tak. Zarówno w filmie, jak i w serialu (chociaż w serialu bardziej) jest dobra jedna rzecz.
Malec.
Finito.
Pozdrawiam,
Iza Heavy books
Wziąłby się ktoś na serio za tę serię, przeczytał książki i zrobił to tak, jak napisała Clare. Już ewidentnie widać, że wszelkie zmiany nie wypalają. A serial naprawdę zasługuje na godną ekranizację.
UsuńMalec <3
Przyznaję się bez bicia, że cyklu Darów Anioła nie skończyłam czytać. Choć mam nadzieję, że w końcu to nadrobię.
OdpowiedzUsuńSerial oglądam z podobnymi odczuciami i bardzo się cieszę, że popełniłaś taki post. 1 i 2 sezon oglądałam tylko dla Maleca nie mogąc patrzeć na sztywną grę głównych bohaterów i ich katorżnicze miny. Nowy sezon faktycznie jest lepszy (choć zacięta mimika została). Mam nadzieję, że z każdym kolejnym odcinkiem będzie lepiej. Bo choć lotów jest niskich to jednak guilty pleasure...
Pozdrawiam!
Ewa z www.mybooksandpoetry.blogspot.com
Jak nie ma się nic lepszego do roboty, to tu się ten serial sprawdza idealnie :D
UsuńNie miałam w planach tego serialu, ale po Twojej recenzji pomyślałam sobie, że czas samemu spróbować :D
OdpowiedzUsuńJak już zaczniesz, to koniecznie daj znać, jak ci się podoba i czy podzielasz moje zdanie xd
UsuńNaprawdę? Ten serial mam sens bytu? Ja po kilku odcinkach drugiego sezonu sobie całkowicie odpuściłam. Nie mogłam w ogóle zrozumieć o co chodzi bohaterom i reżyserom. Nawet wątek Maleca, który wstępnie mnie zachwycał, poszedł w zapomnienie. Tym razem tylko książki. I chyba się to nie zmieni
OdpowiedzUsuńPOCZYTAJ ZE MNĄ
Uśmiechałam się czytając o tej marchewie. Sama nigdy nie mogłam się przekonać do tej bohaterki. I jeśli grałby tu Alex Pettyfer, którego lubię, nie zniosłabym tej Clary przy jego boku. :/ I muszę przyznać, że sama oglądałam ten serial z powodu Aleca <3 Chociaż ostatnio nie mam zbyt wiele czasu, ale niedługo zacznę nadrabiać ten trzeci sezon :)
OdpowiedzUsuńTwój post tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że szkoda mojego czasu na oglądanie tej produkcji ;)
OdpowiedzUsuńCzytam tytuł posta: "Co jest nie tak z serialem Shadowhunters?" i myślę sobie: wszystko.
OdpowiedzUsuńDosłownie wszystko.
Od tego ziemniaka z marchewką na włosach w roli Clary po Jace'a bez szyi, który zamiast świecić poczuciem humoru, to świeci jakimś takim głupem na twarzy.
O świecących niczym u rycerzy Jedi mieczach i ludziach Valentine'a śmigających - z bliżej nieokreślonych powodów - w garniakach to już chyba nie trzeba wspominać.
Któryś producent miał łeb na karku i dał dobrego kolesia w robi Aleca, żeby laski lizały monitory i to tyle.
Obejrzałam cały jeden odcinek pierwszego sezonu i chyba sześć drugiego - usilnie próbując sobie wmówić, że hej! To da się oglądać - i mam dosyć.
Ja odpuściłam oglądanie po 2 odcinkach drugiego sezonu. Jedynie co mi się podoba to soundtrack :)
OdpowiedzUsuńhttp://whothatgirl.blogspot.com
Miałam w planach przeczytać najpierw całą serię a potem zacząć serial, ale coś mi się wydaje, że mi się to nie uda :D Na książki już w ogóle nie mam ochoty, a zmuszać się zamiaru nie mam - w końcu w czytaniu nie o to chodzi. Serial myślę, że obejrzę za jakiś czas, ale marchewa i sztuczność już mnie przeraża :( Najgorsze jest to jak aktor jest sztuczny. Swoją drogą kto daje rolę takim sztywniakom.. A do książek może jeszcze kiedyś się przekonam, ale jeśli nie, to ubolewać też nie będę :)
OdpowiedzUsuńMoże dlatego to weszło od połowy 2 sezonu na inny poziom bo prawa do serialu przejął Netflix? A Netflix rządzi się swoimi prawami, prawdopodobnie zmienili połowę pracowników i mamy efekt taki, że przyjemniej się to ogląda
OdpowiedzUsuńZanim przeczytałam Twój post od razu odpowiedziałam sobie na pytanie z tytułu: wszystko. Kompletnie wszystko.
OdpowiedzUsuńOdpuściłam sobie oglądanie tego serialu po 3 odcinkach. NIKT, dosłownie NIKT z obsady nie pasował mi do bohatera którego miał grać... Mój biedny Jace, taka szkaradna gęba :D Z resztą ten typek z filmu to też nie był "mój Jace". Bleh.
Uwielbiam świat nocnych łowców ale ten serial jest taki słaby, porażka. Tam na prawdę nie trzeba było nic zmieniać, nic dodawać - scenariusz mieli praktycznie gotowy.
Oglądałam wszystkie odcinki, bo mam sentyment do tej serii :-) Książki uwielbiam i chciałam zobaczyć jak im to wyjdzie. Alec i Isabelle najlepsi moim zdaniem :-D
OdpowiedzUsuńJak nie oglądam seriali, tak na ten miałam ochotę ;) i powiem szczerze, że go obejrzę, bo lubię ponarzekać na wszystko, co będzie mnie wkurzało :D
OdpowiedzUsuńA już widzę, że będzie mnie wkurzał na przykład Jace ;)
A ja mam wrażenie, że masz ubogie poczucie estetyki i czegokolwiek. Jakby serial byłby naprawdę taki zły, to już dawno byś przestała ogladac. Przyczepienie się do odcienia rudosci Clary to już kosmos, serio. A tak w ogóle to weź parę lekcji jak pisać artykuły, bo strasznie ciężko się czyta. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńsabung ayam taji ayam bangkok tarung! ! !
OdpowiedzUsuńMyślałam, że tylko ja mam taki problem z grą aktorską Kat i jej tymi strasznymi włosami. XD I te "efekty specjalne"... Czy oni nie widzieli, że to wygląda koszmarnie? Też się zastanawiam, dlaczego ja to dalej oglądam. XD Daddario i Malec. XD ♥ Ostatniego sezonu jeszcze nie zaczęłam, ale dobrze wiedzieć, że jest nieco lepiej. ;D
OdpowiedzUsuńJools and her books
Mnie już ta książkowa wersja szła bardzo topornie i nie przebrnęłam przez pierwszą część, także serial sobie chyba odpuszczę, choć ciekawi mnie dosyć, bo lubię takie fantastyczne produkcje, ale boję się, że ta gra aktorska mnie zabije po prostu. ;)
OdpowiedzUsuńObejrzałam tylko ostatni odcinek ostatniego sezonu bo byłam ciekawa jak to wygląda, ale mimo, że jestem dopiero na 4 części w czytaniu widzę tam tyle sprzeczności z książką, że jestem w szoku i raczej też nie będę oglądać.
OdpowiedzUsuń