Spotkaliście
się kiedyś ze słowami, że sztuka wymaga poświęceń? Ja nigdy sobie nie brałam
ich do serca, a to, co wam za chwilę opowiem, wyszło przypadkiem. Nie
planowałam tego.
Otóż
dzień 21 kwietnia bieżącego roku przywitał mnie piękną słoneczną pogodą,
przyjemną letnią temperaturą i oczywiście wolną sobotą. Postanowiłam
spożytkować jakoś ten czas (no bo przecież uczyć się nie będę) i wybrałam się
wraz z mamą na nasz ulubiony mostek, by porobić trochę zdjęć. Nazbierało mi się
trochę książek do recenzji, więc zgarnęłam wszystkie do toreb i ruszyłam, by
wypełnić misję.
Obfotografowałam między innymi Wieżę świtu i Ten pierwszy rok. Później przyszła kolej na Tancerzy burzy. Zrobiłam im zdjęcia w jednej pozie, potem drugiej, a potem chciałam w trzeciej.
Wymyśliłam
sobie takie, o. Zrobiłam, ale nie do końca wyszło tak, jak chciałam, więc
zrobiłam powtórkę. I tym razem wlazłam swoim cieniem na okładkę. No więc
przymierzyłam się do kolejnego ujęcia…
A
tu sru, jak nie zawiało, jak nie dmuchnęło i jak nie porwało mi książki sprzed
nosa. A potem rozległo się „CHLUP”. Ja ze szczęką przy ziemi, bo nie spodziewałam
się takiego zwrotu akcji. Obserwowanie paraboli lotu Tancerzy burzy? Bezcenne. A moja mama „Szybko, rób zdjęcie, rób
zdjęcie!”
No
więc tak to wyglądało z góry. I potem tak, jak już odpłynęła kawałek dalej,
zmierzając ku Wiśle.
I
nie wiem, czy jestem bardziej wściekła na fakt, że spadła, czy że nie spadła
przednią okładką do góry.
Ale
już jestem gotowa, by po tych przejściach i drobnych trudnościach podzielić się
z wami moją opinią o Tancerzach burzy;
o ofiarze, która zginęła z moich rąk (ale wiatr oskarżam o współudział!).
Japońskie
wyspy Shimy są zatrute przez krwawy lotos, który otumania i uzależnia,
sprawiając, że mieszkańcy bezproblemowo podporządkowują się panującemu
tyranowi. Yukiko wraz z ojcem udaje się na misję zleconą przez władcę, by
złapać legendarną arashitorię. Te stworzenia od lat są bohaterami bajek i podań,
nikt nie wierzy w ich istnienie, no ale shogunowi się nie odmawia. Wkrótce
jednak Yukiko przekonuje się, że w każdej legendzie tkwi ziarnko prawdy, a
nieistniejące istoty mogą jednak istnieć.
Tancerze burzy to naprawdę bardzo dobra książka ze świetnie wykreowanym
światem przedstawionym, z bohaterami, których losy cię obchodzą i wydarzeniami, o których czytacz, siedząc
jak na szpilkach. Problem w tym, że zanim dojdziemy do tej „dobrej” części
książki, musimy przebrnąć przez pierwsze 100 stron.
To,
co dzieje się na początku, jest zbyt obszerne jak na sam wstęp. Przecież to ¼ książki,
w której zupełnie nic się nie dzieje, a gdzie autor posługuje się milionem
japońskich nazw zupełnie obcych dla przeciętnego Kowalskiego. Oczywiście nie
tłumaczy się ich na bieżąco w przypisach pod tekstem, nie, nie. Do tego
stworzony jest dość sporych rozmiarów osobny słowniczek znajdujący się na samym
końcu książki. Czyli w praktyce wygląda to tak, że co akapit wertujemy kartki,
by sprawdzić nieznane słówko w słowniczku. Na początku to jest całkiem zabawne,
ale ileż można biegać tak tam i na zad?
Do
tego każdy najmniejszy ruch wykonywany przez bohaterów nie zajmuje dwóch zdań,
tylko trzy strony, bo w międzyczasie narrator opisuje uliczkę, na której
aktualnie się znajdują, historię tego miejsca 15 wieków wstecz, historyczne
kolokacje mieszkańców, pięć japońskich zapachów i przegląd przez stroje
wszystkich, którzy znajdują się w zasięgu. Wszystko z japońską terminologią.
Także
w skrócie? Przez te pierwsze 100 stron to ja nawet nie wiedziałam, co ja
czytam. Niby bohaterowie coś robią, ale w sumie to jednak nie, bo zaraz pojawia
się obszerny opis wszystkich japońskich tradycji, potem przeskakujemy do innych
bohaterów, potem wracamy do tych pierwszych, w miedzy czasie ja zdążę dwa razy
książkę odłożyć z przemęczenia materiału i zapomnieć, co oni tak właściwie
chcieli zrobić.
Wszystko
nabiera sensu, gdy kończy się ta „pierwsza część” książki w momencie, w którym bohaterom
rozwala się statek, na którym sobie podróżowali. (Z góry zaznaczam, że to nie
jest spoiler, to koło ratunkowe dla tych, co chcą się poddać wcześniej.
Dobrnijcie, błagam, do tej katastrofy!)
Jak
już statek się im rozwalił, to Kristoff wraz ze swoimi postaciami w końcu zaczął
mówić ludzkim głosem. Nagle zaczął tłumaczyć te wszystkie japońskie nazwy!
Wcześniej bohaterka miała na sobie hakamę i junihitoe, a po tych 100 stronach
rozciętą spódnicę typu hakama i eleganckie kimono o nazwie junihitoe. Można?
Można. Tylko czemu, cholera, tak późno.
Po
przekroczeniu setnej strony już zaczęło lecieć i to nawet nie jakoś, tylko
nawet bardzo dobrze. Ciąg dalszy jest naprawdę całkiem niezłym kawałkiem
literatury dla młodzieży. Yukiko okazuje się być fajną babką, nasza kochana
arashitora zadziornym orłem z zadkiem tygrysa, a fabuła w końcu dokądś zaczyna
zmierzać.
Świat
został genialnie wykreowany. Te wszystkie nazwy, tradycje czy zachowania, były
naprawdę ciekawe. Dopiero później, gdy nie zarzucano nas nimi na każdym kroku i
można było spokojnie poskładać informacje do kupy. Nagle japońskie wierzenia
zaczynają ciekawić czytelnika, trudne nazwy przestają przeszkadzać i w końcu
można wczuć się w ten cały klimat wschodniej opowieści.
Jednak
w związku z tym trzeba liczyć się z faktem, że Tancerze burzy to przede wszystkim ten japoński klimat. Mamy tu stosunkowo
mało akcji, chociaż nie tak, że nie ma jej w ogóle, ona jest po prostu
przysłonięta tą całą kulturą i schodzi w wielu momentach na drugi plan.
A
wspominałam już o Buruu? Chciałby ktoś mi sprezentować takiego na urodziny? On
jest genialny! Pół orzeł, pół tygrys, lśniące białe pióra i sierść, potrafi
latać, gardzi ludźmi, nie boi się mordować… ale pogłaskać też się da. Idealne
zwierzątko domowe. Chętnie dostanę namiary na hodowcę.
Teraz
jak tak na to patrzę, to niechcący dobrze wyszło z tym topieniem. Jakbym mogła,
to bym Tancerzy utopiła jeszcze raz,
bo ten jeden był niewystarczający. Raz, za te cholerne 100 pierwszych stron, a
dwa, za to, że jak już przebrniesz przez ten początek, to się książka robi, cholera
jasna, całkiem fajna. Kristoff, nie można było tak od początku?! I jest mi
szkoda, bo pewnie większość mniej wytrwałych czytelników nawet nie dojdzie do
momentu, od którego Tancerzy burzy „da
się czytać”, bo po prostu polegnie gdzieś pomiędzy jednym opisem uliczki a
kolejną zbyt długą litanią japońskich nazw.
Na
sam koniec pragnę zaznaczyć, że nie utopiłam tej książki specjalnie. Jestem jak
najdalej od tego, by niszczyć powieść w imię zdjęć, ale tym razem nie miałam
zbyt dużego wpływu na to, co się stało. Jakby nie patrzeć, to tylko rzecz. Nie
zamierzam płakać, chyba że ze śmiechu, co właśnie czynię, w ogóle przytaczając
tę sytuację w tym poście.
Za
możliwość zrecenzowania (i utopienia) książki dziękuję wydawnictwu Uroboros

Tytuł: Tancerze burzy
Tytuł oryginału: Stormdancer
Tytuł oryginału: Stormdancer
Autor: Jay Kristoff
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 480
Grubość grzbietu: utopiłam, zanim zmierzyłam
Masa: nie miałam jak zważyć
Ciężar: Wisła wam powie [g=9,81 m/s2]
Cena: 39,99 zł
Mobilność: no jak nawet do Wisły wpadła... XD
Jak mogłaś! Biedna książka... w sumie to ja mam aź trzy egzemplarze jej, bo wydawnictwo się chyba pomyliło i mi wysłało potrójnie :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i zapraszam:
Biblioteka Feniksa
To możesz mi jeden podarować, obiecuję już go nie utopić XD
UsuńUśmiałam się z początku. <3 :')
OdpowiedzUsuńCo do samej książki, mam ją w planach na maj. Od bardzo dawna chciałam ją przeczytać, więc cieszy mnie ogromnie jej dodruk i to z ładniejszą okładką. :p Podobno to typowy steampunk, więc trochę mnie zaskoczyłaś z nazwaniem tego młodzieżówką... Ale no, sprawdzę sama niebawem. :D
Nie wiem, może dla ciebie to będzie steampunk, ja nigdy czegoś takiego nie czytałam, więc bardziej pasowało mi tu określenie młodzieżówka
UsuńA zawsze mnie to zastanawiało jak to jest, że książki w tych Twoich trudnych warunkach fotograficznych jakimś cudem wychodzą z tego cało... hmm, mam nadzieję, że nic Ci nie wykrakałam :D
OdpowiedzUsuńNie jesteś jedyną osobą, która się nad tym zastanawiała. Rozłożymy winę na was dwie XD
UsuńTo chyba najlepsza recenzja z efektami specjalnymi!
OdpowiedzUsuńLepsze niż w imaxie 8)
UsuńZgadzam się, pierwsze sto stron... to istna tragedia. Zbyt długie wprowadzenie. Teraz ledwo odrywam się od książki, a jestem na 327 stronie ;) Aż się boje drugie tomu... jego objętość powala na kolana i mam nadzieję, że nie jest w połowie wypełniony zapychaczami.
OdpowiedzUsuńJa mam nadzieję, że drugi tom nie rozpoczyna się znowu tak długim wstępem XD
UsuńMało ciekawa, to strata niewielka. Zabawna historia z utopieniem. Dobrze, że zdążyłaś przeczytać.
OdpowiedzUsuńUMIERAM. ZE. ŚMIECHU. :DDDD
OdpowiedzUsuńTo chyba właśnie dlatego nie robię zdjęć w plenerze, bo boję się o zniszczenia... albo straty książkowe. :D
Ale twoja mama wygrała tak jeżeli miałbym być szczera, z tym "Szybko rób zdjecie!"
Dobrze, że udało ci się przeczytać zanim wpadła do wody. W sumie może ją spotkam gdzieś w Bałtyku kiedyś jak jej ktoś nie wyłowił :D
Jak się na nią natkniesz to koniecznie zrób zdjęcie i mi przyślij xd
UsuńKsiazka nie do konca dla mnie :)
OdpowiedzUsuńPłynie, Wisłą, płynie, książka po polskiej krainie :D Że zacytuję klasyka ;) Mój brat czytał tę książkę, ale ja się nie skusiłam, bo ten steampunk w Japonii mnie nie przekonywał... Ale chyba jednak przeczytam :D
OdpowiedzUsuńPS. Ale zdjęć nad Wartą robić nie będę, obiecuję ;)
Wygrałaś tym komentarzem XDD
UsuńMożesz robić, ale pilnuj, bo ten okaz lubi kąpiele XDD
Jeju, padłam, serio xD Rozwaliło mnie zdanie o tym, że chyba wkurzasz się, bo nie utopiła się okładką do góry xD
OdpowiedzUsuńKsiążka przede mną, więc niedługo sama się przekonam, jak bardzo te 100 pierwszych stron mnie wkurzy :D
Szukałam pozytywu w całej sytuacji. Jakby wpadła okładką do góry, to bym przynajmniej miała lepsze zdjęcia :(
UsuńCiężki wstęp jest faktycznie trudny, ale za to robi się co raz lepiej! A drugi tom jest już cudownie wciągający :) I strasznie mi przykro z powodu wypadku!
OdpowiedzUsuńJapońskie klimaty to jednak nie moje klimaty, więc podziękuję ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Lady Spark
[kreatywna-alternatywa]
Ojej co za nie dobra woda 😂😂😂 pewnie miała chrapkę na czytanie
OdpowiedzUsuńNo pięknie. Ale różne przygody podczas robienia zdjęć mogą się przytrafić.
OdpowiedzUsuńJa też mieszkam nad Wisła i szczerze to piekielnie się jej boję. A teraz odkąd wiem, że porywa książki to już chyba na bulwary nie pójdę ;)
OdpowiedzUsuńPilnuj swoich książek, jak już się tam przypadkiem znajdziesz xd
Usuńno nie tak potraktować ksiązkę ;P)
OdpowiedzUsuńDziałanie z zimną krwią ;')
Usuńuśmiałąm się, utopiłaś ja jak marzanne na wiosnę;)
OdpowiedzUsuńUśmiałam się czytając o utopieniu książki. Ale pociesz się - może wyłowi ją ktoś, komu się przyda? Albo syrenki sobie poczytają, hmm?
OdpowiedzUsuńxoxo
L. (https://slowotok-laury.blogspot.com/)
Jak ktoś wyłowi, to życzę mu powodzenia z suszeniem XD
UsuńA myślałam, że tylko mnie takie rzeczy się przydarzają :)
OdpowiedzUsuńGenialna historia! (Oczywiście współczuję) xD Dobrze, że chociaż zdążyłaś ją przeczytać zanim wpadła. ;) Po Twojej recenzji mam trochę mieszane uczucia do tej książki, ale może kiedyś dam jej szansę. :)
OdpowiedzUsuń