środa, 11 lipca 2018

Technologia w średniowieczu? - "Królowa Tearlingu" Erika Johansen [RECENZJA]


Na samym początku zamierzam rozwodzić nad oprawą graficzną książki, bo ona jest po prostu cholernie ładna. Twarda okładka, złote zdobienia, ozdobny grzbiet, cudowna wklejka… Laur konsumenta 2017 roku. Niech powstanie pierwszy z szeregu, komu ono się nie podoba – porozmawiamy sobie na osobności (albo w komentarzach).

Kelsea całe życie spędziła w ukryciu w małej zapomnianej chatce. Gdy dziewczyna kończy dziewiętnaście lat, przychodzi pora, by upomniała się o należny jej tron. Wraz z przybyłymi po nią strażami udaje się do zamku, by otrzymać stosowny tytuł i zostać koronowaną. Władanie Tearlingiem nie będzie proste, bo na drodze Kelsea stoi wrogi wuj, brutalna Szkarłatna Królowa i skrytobójcy, gotowi w każdej chwili zaatakować.

Zacznę od końca, bo od warsztatu i sposobu napisania powieści. Do ostatniej strony nie umiałam się wgryźć w styl Eriki Johansen, chociaż paradoksalnie książkę czytało mi się bardzo szybko. Nie wiem, co autorka próbowała tutaj zrobić z opisami i dialogami, ale to mi po prostu nie grało. Chciała uzyskać gładki i ładny język powieści, który sama sobie burzyła co kilka akapitów wrzucając stwierdzenie wyjęte z kosmosu, wyrwane z kontekstu i ogólnie niepasujące do całości tekstu. Wszystko szło w stronę bajkowej opowieści fantastycznej, a tu nagle wciśnijmy sobie jakieś przekleństwo, sprawdźmy, czy czytelnik jest czujny.


Moje największe zastrzeżenie dotyczy sposobu zbudowania świata. Bohaterowie żyją w zamkach, jeżdżą na koniach, odległości mierzą w dniach drogi, a za chwilę gadają o transplantacjach, operacjach plastycznych i przyszłości wynalezienia syntetycznej heroiny. Że co proszę? No to albo jesteśmy w tym średniowieczu albo nie. Autorka postarzyła niektóre aspekty życia, unowocześniła inne, ale nie scaliła ich ze sobą w sposób, w jaki by się ze sobą nie kłóciły i brzmiały logiczne jedno obok drugiego. Doskonale rozumiem, że pomysł na świat przedstawiony opierał się właśnie na tym połączeniu nowinek technicznych ze starymi aspektami życia, ale mnie do nie ujęło, nie spodobało mi się, a wręcz było najbardziej irytującą rzeczą w trakcie lektury. Po prostu całość mi się ze sobą nie klei.

Erice Johansen udało się też mnie zaskoczyć, bo myślałam, że narracja będzie prowadzona w sposób jednoznaczny za pomocą Kelsea. Okazuje się jednak, że podczas lektury mamy do czynienia z wieloma wątkami. Poznamy historie między innymi z perspektywy wuja dziewczyny, Szkarłatnej Królowej czy zwykłego strażnika. I powiem szczerze, że te wszystkie inne punkty widzenia były dla mnie ciekawsze niż główny dotyczący Kelsea. Mogłyby być jedynie lepiej oznakowane, bo w środku rozdziału niejednokrotnie zmienia się narracja w dziwnych momentach i można było się czasem pogubić.


Spodziewałam się trochę czegoś innego po tej powieści. Sama nie wiem czego. Może większej dawki fantastyki? Więcej bitew? Czarów? Intryg i wojen? Królowa Tearlingu pod tym kątem mnie trochę rozczarowała, bo to nie jest nic niezwykłego. Historia jak miliony innych. Tutaj nawet ten główny nurt fantastyczny w większej części ogranicza się do tajemniczego klejnotu na szyi Kelsea, a to dla mnie trochę za mało.


Książka jest po prostu przeciętna i zwykła, ale na szczęście przyjemna w czytaniu. Z czystej ciekawości sięgnę po drugi tom, bo a nóż widelec akcja się rozwinie i autorka podziała coś trochę w kierunku, który mnie satysfakcjonuje. Póki co Królowa Tearlingu pozostaje dla mnie średnią historią w za ładnej okładce, która wprowadza w błąd czytelników i obiecuje gruszki na wierzbie, gdy tak naprawdę wnętrze ma do zaoferowania mrożone truskawki z Hortexu. 




Fakty objawione: 
Tytuł: Królowa Tearlingu
Tytuł oryginału: The Queen of the Tearling
Autor: Erika Johansen
Tłumaczenie: Izabella Mazurek
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 486













 Facebook Instagram Goodreads Twitter Google+ LubimyCzytać





13 komentarzy:

  1. Ostatnie zdanie mnie rozłożyło na łopatki :D Czaiłam się od dawna na tę serię, bo okładki mnie zachwyciły, ale skoro mówisz, że to taki średniak, to jeszcze się zastanowię.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam tą książkę już jakiś czas temu i również uznałam, że jest przeciętna, ale szybko się ją czyta. I ostatnie zdanie idealnie ją podsumowuję. Gdyby nie Buława to nie wiem czy tak bardzo by mi się podobała.

    Książki jak narkotyk

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam, ale wydanie jest cudowne :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ojej, no jakby nie Ty to ja bym się na pewno nabrała na te okładkę! ;) A ta dziwna i wręcz nielogiczna budowa świata na pewno by mnie denerwowała, więc chyba odpuszczę tę książkę tym razem. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Okładka jak najbardziej robi wrażenie a tematyka trochę nie moja :)


    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo dużo słyszałam o tej książce, jednak po twojej recenzji raczej po nią nie sięgnę
    Pozdrawiam, Girl in books

    OdpowiedzUsuń
  7. Pierwsze o niej słyszę i chyba się skuszę :)
    Pozdrawiam Jeszczerozdzial.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Oczywiście mam całą trylogię na półce, no bo wiadomo - to wydanie 😍 ale jak mówisz że szybko się czyta, to może tak na odprężenie będzie spoko 🤗

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękne wydanie! Kiedyś miałam ochotę przeczytać, ale już mi przeszło :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj nie lubię takiego skakania miedzy epokami, zamki, konie, a obok operacje? To nie dla mnie, ale trzeba przyznać, że cudowne wydanie!

    OdpowiedzUsuń
  11. Mam ją na półce, a kupiłam ze względu na okładkę :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ciekawe połączenie czasów średniowiecznych i współczesności. Mogłabym się na nią skusić :)
    https://literatkakawy.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  13. Okładka fantastyczna 😍 ale to nie moje klimaty 😕
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz wskrzesza jednego jednorożca :D
Odwiedzam blogi wszystkich, którzy zostawili komentarz pod ostatnim postem ;)